Święta: Dzień Pierwszy

Zjadłem właśnie trzy niedobre cukierki. Galaretki o obrzydliwym smaku oblane czekoladą. Już po pierwszej wiedziałem, że kolejne dwie nie będą wcale lepsze. Dlaczego więc pożarłem całość tego, co wyciągnąłem z kryształowej miski na kredensie? Z łakomstwa. Bez bicia się przyznaję. Bo mogę.

ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH

Dziś jest oficjalny Pierwszy Dzień Świąt Bożego Narodzenia. Chociaż poprawnie chyba jest to jedyny dzień Świąt, bowiem jutro, 26 grudnia, obchodzi imieniny Szczepan (właśc. Stefan), pierwszy męczennik. Chociaż prawdę mówiąc „jest zwany” pierwszym męczennikiem, bo Jezus, o ile istniał, męczennikiem był również. Ale w zasadzie nie o to mi chodzi. Popisuję się tylko.

W zasadzie 25 grudnia nie jest świętem. Jest dniem odpoczynku po święcie. Bo my, Polacy, najbardziej świętujemy w Wigilię Bożego Narodzenia, 24 grudnia, dzień w dalszym ciągu powszedni, pracujący, i męczący, bowiem zanim zasiadamy do wieczerzy, robimy ostatnie porządki w chałupach. A potem łamiemy się opłatkiem, wpierdalamy karpia, ciasto, śpiewamy kolędy, odpakowujemy prezenty, gramy w karty i idziemy spać. A co robimy dnia następnego? Biała na śniadanie, plus resztki z Wigilii, potem ciasto, potem obiad mięsny, bo post był wczoraj, potem znów ciasto, potem kolacyjka, i ewentualnie ciasto znów. Ale klimat świętowania został wczoraj. Dziś już nie śpiewamy. Dziadek Mróz dziś nam nic nie przyniósł.

Nie twierdzę, że to źle, że Wigilia jest dniem pracującym, a we właściwe Święto, wolne od pracy (dla niektórych) się nie świętuje. Od dawien dawna tak właśnie spędza się ten czas, taka już nasza tradycja. Ale z roku na rok nawet w Wigilię tego klimatu świątecznego jest coraz mniej. W zasadzie klimat świąteczny odczuwa się najmocniej w samych przygotowaniach. I w tym roku odczułem go mocniej właśnie w tym etapie.

CUKIERKI, EKLERKI, TORCIKI, BAJADERKI…

Tym razem przyłożyłem ręki mocniej do pomocy rodzicom w przygotowaniach. Głównie chodzi mi o kwestię potraw. Zrobiłem dwa serniki, obrałem i pokroiłem (tym razem zupełnie sam) warzywa na sałatkę, i pierwszy raz w życiu pomagałem mamie przy karpiu. Co prawda fakt, że przyprawiałem go sam, i miałem udział w mniej-więcej połowie smażenia może napawać dumą, ale z drugiej strony nie była ta ryba tak smaczna jak wtedy, gdy mama robiła ją sama. No ale kiedyś trzeba zacząć się uczyć życia. Następnym razem pójdzie lepiej.

Co do samego karpia, przeżyłem mały szok. I trochę większy zawód. Otóż, jak zapewne wierni czytelnicy wiedzą, co roku razem z ciocią Elą naciskamy na moich rodziców, by karpia było w opór. Od kilku lat było go ok. 10 kg, przy liczebności biesiadników w podobnej ilości jednostkowej – ok. 10 osób. Czasem więcej, czasem mniej. I zawsze było tak, że większość brała po dwa-trzy kawałki rybki, by raczyć się każdą potrawą po trochu, ja zaś z ciotką wpierdalaliśmy karpia aż po korek, po siedem, osiem porcji. W tym roku ciocia musiała zrobić przerwę po czwartym kawałku, a ja po… trzecim…

PRACUJ, PRACUJ, A BRZUCH CI SAM SKARLEJE

Nie przewidziałem, że tak będzie. Nie wziąłem pod uwagę bardzo ważnego szczegółu. Zapomniałem. Wyleciało mi z głowy. Nie wpisałem tego w warunki początkowe równania karpiowego. PRZECIEŻ W WAKACJE SCHUDŁEM. I mimo że potem znów nieco przytyłem, ciągle zapinam się na najciaśniejszą dziurę na pasku. Przy tak skurczonym żołądku nie ma chuja, żebym wciągnął tyle karpia co zawsze. I choć w sercu ból, smutek i żal, musiałem odpocząć.

TRENING WSZERZ

Trzeba by było potrenować. Zawsze chciałem być wielki. W barach jestem dość spory od urodzenia – w książeczce zdrowia w powikłaniach wpisane „zaklinowanie barkami”. Ale chciałbym być większy. Nie imponuje mi bycie „indykiem”, czyli zero tłuszczu, same mięśnie, co wygląda jak pozlepiana winogronowa bryła. Wolę być po prostu duży. Ale chciałbym też móc zaspokoić swoje karpiowe pragnienie, i tutaj musiałbym potrenować pojemność żołądka, co w treningu siłowym może, acz nie musi, przeszkodzić. Ale raczej będzie mogło.

Bo łatwiej jest trenować wpierdalanie, niż pompki.

Share This:

No Comments

Leave a Comment