Święto Trupów 2016

Od rana padało. Było ciemno, mroczno i ponuro. Ciężkie krople chłodnego deszczu szumiąc opadały na idących ścieżką ludzi. Ludzie ci chronili się przed atakującą ich z nieba wodą pod parasolami, poza jednym wyjątkiem. Najstarszy syn Waldemara był opatulony w nieprzemakalną kurtkę sztormową. Nie lubił parasoli. Za to lubił mieć obie ręce wolne.

Woda niczym odwieczna kurtyna opadała na zebranych wokół grobów, wciąż i wciąż. Waldemar, ojciec rodziny, wyciągnął z jednej z foliowych torebek dwa pękate znicze i postawił je na leżącym obok grobie dziadków swej małżonki. Po chwili wyciągnął kolejne dwa i zaniósł na stojący opodal drugi grób, wyglądający jak katafalk, ze względu na brak pionowej płyty z nazwiskami, należący do swoich teściów. Następnie wrócił do reklamówki, by wyciągnąć z niej pudełko zapałek. Chroniąc je przed coraz mocniej zacinającym deszczem zaczął pocierać zapałki o draskę.

Gdy Waldemar mocował się ze źródłem ognia, nadeszła, jak zwykle spóźniona, szwagierka, siostra jego żony, Maryśka, niosąc szpetny jak jasna cholera wieniec. Twór ów, nie wiadomo, naturalny czy plastikowy, dało się to bowiem stwierdzić jedynie po dotyku, miał do jednego z liści przyczepioną zszywką nalepkę z ceną. Siedemdziesiąt osiem złotych.

– Udało mi się wytargować dwa za pięć dyszek – oznajmiła z dumą Maryśka. Jej siostrzeniec, a syn Waldemara, Mariusz, spojrzał na nią z politowaniem.

Ciągle nie nadchodziła zgubiona gdzieś po drodze matka Mariusza, Genowefa. Gdy ojciec mocował się z zapałkami, a ciotka podziwiała jeden ze swoich dwóch nabytków, ten z zawrotną ceną w widocznym miejscu, chłopak udał się do grobu dziadków. Chciał zobaczyć, jak wygląda. Niedawno został postawiony nowy pomnik, gdyż stary popękał, przekrzywił się i groził ujawnieniem swoich lokatorów.

Stanąwszy nad grobem dziadków zaklął. Z bliska naprawdę wygląda jak katafalk – pomyślał. Pod jakim kątem by nie patrzył, jak blisko by nie przystawiał twarzy do nagrobka, za cholerę nie mógł odczytać, kto tam leży. Nie, żeby nie wiedział. Ale czasem potrzebował skupić wzrok na literach, choćby po to, by upewnić się, że na pewno stoi przy właściwym grobie.

A teraz nie miał już tej pewności. Odwrócił się z nietęgą miną. Kaptur lekko zsunął mu się z głowy, krople deszczu musnęły jego nos. Mariusz skrzywił się, jakby ugryzł zgniłą cytrynę. Poprawił nakrycie głowy i ruszył ku reszcie rodzinki, zwłaszcza, że matka zbliżała się już do grobu pradziadków. Pradziadków Mariusza, dziadków jego matki i ciotki, nieznanych jego ojcu ludzi.

Po chwili zastanawiał się już, po co podchodził. Genowefa warczała niczym doberman na swojego męża. Czuć było wściekłość i zacietrzewienie. Gdyby nie grube kurtki, którymi wszyscy byli okutani, Mariusz był tego niemal pewien, rzuciłaby się na Waldka z pazurami.

– Mówiłam ci, te pękate do pradziadków! – warczała. Warkot przywodził na myśl zepsuty silnik Ursusa.

– Nie słyszałem, żebyś coś mówiła – ripostował mąż. – A co za różnica, dwa dałem tu, dwa tam, damy jeszcze po dwa wysokie tu i tu. I będzie dobrze.

Daria, młodsza córka Genowefy i Waldemara, spojrzała na Mariusza z lekkim zażenowaniem. Ten wzruszył ramionami. Co roku to samo.

– Cholera, mówić i mówić, i jak do ściany – syczała Genowefa. – Pękate miały iść tu, wysokie do mamy. Wystarczyło posłuchać. No jak to wygląda? Daria, zabieraj te znicze tam dalej!

– Ciekaw jestem, kto wybierał tamten nagrobek – wtrącił się Mariusz. Wiedział już, że zaraz zrobi się nieprzyjemnie. Ale atmosfera już i tak zrobiła się dziadowska, a on musiał to powiedzieć. Musiał i już. – Wygląda gównianie. Jak katafalk. I nie widać, kto tam leży.

– I dobrze! – wrzasnęła Maryśka. – Tak ma być! Ja wiem, kto tam leży!

– Przypomina mi się Tango Mrożka – zasmęcił chłopak. – Babciu, na katafalk! – zamamrotał z wyraźnym przekąsem

– A tobie co to przeszkadza? – zapytała ostro matka. – Trzeba już było ten grób wymienić. A ty co zrobisz w przyszłości? Z naszymi grobami? Pewnie nic.

Mariusz nie uznał za stosowne po raz kolejny przedstawiać swojego stanowiska na temat zmarłych, grobów i obchodów pierwszego listopada. Nie kontynuował dyskusji. Przez chwilę przysłuchiwał się kłótni rodziców o znicze, parskaniu i prychaniu ciotki, spojrzał smętnie na ojca, po czym wygłosił dobitnie swoją opinię o rozgrywającej się scence:

– Każdego roku robi się to coraz bardziej żałosne.

I poszedł. Wyszedł z cmentarza. Spacerował czas jakiś zachlapaną brunatnym błotem uliczką wzdłuż płotu nekropolii, patrzył z niesmakiem na budki z zapiekankami, kurczakami z rożna, stoiska z cukierkami, lizakami w kształcie serc z napisem „I love you” i całymi girlandami obwarzanków. Obwarzanki, kurwa, dlaczego przy cmentarzach zawsze są obwarzanki?

Mókł. Zachciało mu się sikać. Przy stadionie były toalety. Płatne złotówkę. Cóż, to nie majątek, a pod drzewem się nie wysika. Raz, że dużo ludzi. Dwa, dużo straży miejskiej. Takie sikanie mogło go kosztować więcej niż złotówkę.

Po załatwieniu potrzeby ruszył w dalszą drogę w deszczu i błocie. Spotkał przyjaciela z dzieciństwa. Z dziewczyną, której zrobił dziecko. Kolejna szczęśliwa para, która nigdy nie byłaby parą, gdyby nie wpadka. Cześć, cześć, i każdy poszedł w swoją stronę. Bartek wyglądał strasznie. Widoczny brzuch, wory pod oczami. Nieodłączny papieros w łapie. Wrak. On zawsze był wrakiem. Od kiedy posmakował pierwszego papierosa i pierwszego piwa – pomyślał gorzko Mariusz.

Chodził dalej. W butach już nieźle mu chlupało. Zastanawiał się, po co tu jest. Co rok to samo, i co rok coraz gorzej. Idą całą rodziną na te groby. Wydają kupę forsy na wieńce i znicze. Ustawiają to we wzory. Odstawiają pieprzone feng shui. Robią z tego już nie tradycję, a sport. Mają swoje wizje, jak to powinno być i wyglądać, i tak być musi, bo jak nie, to rozoram ci pazurami gardło.

A przecież zmarłym to wisi. Im już wszystko wisi. Ich już nic nie boli. Choćby się wszyscy wysrali na te groby, zmarłych to nie obejdzie. Bo to, co po nich zostało w trumnach, to i tak gówno. Kości, strzępki ubrań, galareta. To, czego nie zeżarły jeszcze robaki.

Mariusz myślał. Myślał o zmarłej babci codziennie. O tym, że nie spędzał z nią zbyt wiele czasu, gdy miał okazję. O tym, że zawsze było coś ważniejszego, niż odwiedziny u niej. O tym, że w chwili jej śmierci był pijany. Że ojciec wydzwaniał do niego, że ma wracać do domu, bo jest potrzebny, ale on musiał jeszcze przecież odprowadzić dziewczynę. O tym, że ważniejsze były jego głupie filmiki z internetu, niż Królewna Śnieżka, którą babcia pamiętała z czasów swojej młodości. Babcia tak bardzo chciała ją obejrzeć. Jeszcze jeden raz. Bo nie zostało jej wiele czasu. Ale dla niego były ważniejsze sprawy. „Zdąży się ściągnąć” – mówił.

Nie zdążyła. Nie zdążyła się ściągnąć Królewna Śnieżka. Nie zdążyła babcia obejrzeć Królewny Śnieżki. Nie zdążyła babcia opowiedzieć wielu historii, bo nikt jej o nie nie zapytał.

Umarła babcia w łóżku Mariusza. Umierała tam przez wiele dni. On spał w drugim pokoju. Wsłuchiwał się w buczenie maszyny tłoczącej tlen. W krzyki babci przeżeranej przez raka, w płacz ciotki, która nie miała już sił, w szloch matki, której sił zostało niewiele, a która opiekowała się babcią, myła ją i podawała morfinę.

Mariusz myślał o babci codziennie. Przez cały rok. Pamiętał o niej każdego dnia, i czuł żal do samego siebie. A raz w roku czuł żal do swojej rodziny, że wtedy, kiedy powinno się pamiętać mocniej, intensywniej, dla nich istotniejsze było ustawienie zniczy na kamiennych grobach, które tak naprawdę nikogo nie obchodziły.

Share This:

No Comments

Leave a Comment