Tornado

Leciałem samolotem do punktu przeznaczenia. W międzyczasie dało się odczuć turbulencje, po których uspokajała mnie piękna blond stewardessa. Dostępny na pokładzie alkohol złagodził resztki stresu. Nagle nastąpiła katastrofa, o czym dowiedziałem się po dłuższej chwili. Już lecąc w dół. Nie zauważyłem momentu eksplozji, rozerwania kadłuba, wyssania mnie na zewnątrz… Pomyślałem, że to koniec. Ale to był dopiero początek. Wpadłem do wody. Jakim cudem nie zabiłem się od uderzenia – nie mam pojęcia. Topiłem się, woda zalewała mi usta, zabierała mi możność oddychania, dusiłem się… co jakiś czas udawało mi się chwycić czegoś – kogoś – czegoś i podciągnąć ku powierzchni, nabrać oddechu, po czym jakaś niewidzialna siła znów ciągnęła mnie w dół. Na dłuższą chwilę nabrałem oddechu w momencie największego zmęczenia, utrzymując się na śliskiej spirali z nieznanego mi materiału – ale kto w takiej chwili myśli o materiałach! Zrezygnowałem z ratunku, ponieważ czułem, że to, co mnie trzyma na powierzchni, chce dryfować w spokoju dalej, a ja jestem tylko zbędnym ciężarem…

…sunąc w dół, ostatkiem sił wyciągnąłem dłoń ku górze, w geście rozpaczy, wycharkując błaganie o pomoc, umożliwiając tym samym wodzie wtargnięcie do moich płuc… poczułem dłoń, ciągnącą mnie ku górze…

…żyję, dryfując, w głowie kłębią mi się myśli, myśli wrzeszczące, krzyczące, zadające mi pytania…

Jak do tego doszło?!

Co zrobiłeś ze swoim życiem?!

Co zrobiłeś z ich życiami?!

Myślisz, że zasługujesz na ratunek?!

Kręci mi się w głowie. Czy naprawdę zostałem uratowany, czy to halucynacje zamknięte w ostatniej sekundzie życia tonącego człowieka…?

Share This:

No Comments

Leave a Comment