Twardziel mięknie

Przed chwilą pisałem list motywacyjny. Zwykły, pieprzony list motywacyjny. Może ten i ów boi się pisać takie dziwne coś, bo jednak trzeba się wykazać pewnym obyciem z tekstem. Być oryginalnym, zachęcającym, czy coś. Ja, podobno, wedle komentarza mojej byłej już niestety przyjaciółki, pisać potrafię.

„Pisanie naprawdę jest Twoją mocną stroną”

Tak napisała. Może wówczas, kilka lat temu, tak było. Od tamtej pory miałem okresy (teraz jest kolejny…) abstynencji od pisania, od tworzenia, po napisaniu i wydaniu opowiadań pisanie siadło masakrycznie. Obecnie… mam cholerne trudności z pisaniem. Gdy pisałem opowiadanie Ona, słowa szły jak potok, wylewały się ze mnie. I nawet nie chodzi mi o to, że wszystko pisałem bez poprawek, poprawki były, i to sporo. Ale poprawiałem tekst, który wypływał swobodnie, nie męczyłem się nad nim.

Nad listem motywacyjnym męczyłem się od tygodnia. Najpierw, standardowo, prokrastynowałem sobie. Dziś przez chyba dwie godziny próbowałem zacząć. Zagrałem dwa ARAMy. Albo nawet trzy. W końcu napisałem. W końcu. Po mękach srogich. I dałem Ukochanej do przeczytania. Zawsze Jej daję (he he). Daję do przeczytania, do posmakowania, do obejrzenia. Taka mała i miła zasada partnerstwa. Chcę, żeby się Jej podobało, żeby Jej smakowało. To Ona doprawia. To Ona przedstawia uwagi.

I przedstawiła, na temat listu:

Jakbyś był na straganie z tym listem,

to bym cię brała.

– A co to ja, kurwa, marchewka? – zapytałem.

– Hmm… raczej potat – odparła.

Dla niewtajemniczonych wyjaśniam żart. Pracując jako pomocnik kuchenny miałem wielce wspaniałą możliwość obierać ziemniaki. W skalach kilkudziesięciokilogramowych. Więc po powrocie do domu śmierdziałem ziemniakiem. Nawet po dokładnym i długim myciu przed snem. Ziemniak był moim zapachem. Było to tym gorsze, że jestem raczej okrągły z mordy i z brzucha, i Ukochana już nie raz nazywała mnie ziemniakiem. Do obierania ziemniaków używany jest gen (takie blaszane naczynie gastronomiczne), perforowany (z dziurami), który nazwałem „genem ziemniaczanym”. Tak, mam ziemniaczane geny. Swoje dodał Peterlin, nazywając mnie potatem.

Ostateczna wersja żartu jest taka, że

jestem potatem na Ryneczku Lidla.

Boki, kurwa, zrywać.

A propos genów, przypomniał mi się jeszcze jeden dowcip, zaserwowany przez zastępcę szefa kuchni: kiedy ktoś mówi, że najważniejsze są czyste geny, nie wiadomo, czy dba o czystość kuchni, czy rasy.

Wróćmy do listu. Prokrastynacji. Mięknięcia. I karpia z obrazka.

Dlaczego karp? Bo… no bo to jedyna chyba rzecz, z której się cieszę czekając na Wigilię Bożego Narodzenia. Żeby nie było, spotkanie z rodziną jest dla mnie bardzo istotne, ale takich spotkań w ciągu roku jest kilka(naście), a Wigilia tylko jedna. I do tego nie cierpię świąt.

Nie lubię klimatu, który świętom towarzyszy. Za dzieciaka czekałem tylko na prezenty, im zaś jestem starszy, tym bardziej pragnę, żeby tych prezentów nie było. Strata czasu, kasy i siły. Naprawdę, prezent bez okazji ma dla mnie większą wartość.

Ale jest coś magicznego w Wigilii, że karp smakuje tylko wtedy. Tylko 24 grudnia. Mama próbowała robić karpia w ciągu roku, nie raz, nie dwa. Był obrzydliwy. Może to właśnie czują ci wszyscy, którzy karpia na święta nie jadają. Ale u nas świąteczny karp to najwspanialsze danie, jakie kiedykolwiek powstało. Koniecznie smażony.

Razem z Ciocią co roku opychamy się tą rybą, jakby nic innego nie leżało na stole, a od następnego dnia miał się zacząć trwający wieczność głód. Szczerze, innych potraw naprawdę mogłoby nie być. Tylko ten karp. To jest po prostu coś cudownego.

Ostatnio dowiedziałem się od mamy, że

KARPIA MOŻE KURWA NIE BYĆ W TYM ROKU

bo szczupaki zeżarły karpie w łowisku, z którego tata co roku je kupował. Zrobiło mi się smutno.

Ciągle mam nadzieję, że ten karp jednak się gdzieś znajdzie, że Lidl nie wykupił całej światowej populacji, żeby rzucić ją na swoją coroczną promocję. Ale sprawa karpia pogłębiła tylko uczucie pewnej tęsknoty.

Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że cholernie tęsknię za rodzicami. Obecnie trwa chyba najdłuższy czas niewidzenia się z nimi, albo tak mi się tylko wydaje. Jednak czuję, że mi ich brakuje. I psa. I mimo, że Sylwestra też nie lubię, i cieszyłem się, że ostatnie dwa spędziłem w swojej norce przy komputerze, nie musząc uśmiechać się do ludzi, z którymi musiałbym go spędzać, to w tym roku chyba spędzę ostatni dzień roku z rodzicami właśnie.

Mięknę na starość. Do niedawna uważałem, że poradzę sobie w życiu sam, że jestem aż tak dorosły, dojrzały i samodzielny. A tu proszę. Pasmo niepowodzeń i złych decyzji. Długi, utrata dwóch firm. Zapierdol w kuchni, poszukiwania pracy zgodnej z zainteresowaniami i kierunkiem studiów. Bo niestety, te firmy, w których tak lubiłem pracować, już też nie istnieją. I gdyby nie moja Ukochana, która w odpowiednim momencie z impetem wparowała w moje życie, prawdopodobnie taplałbym się w jeszcze większym gównie, niż obecnie.

A wszystko dlatego, że nie słuchałem rodziców. I nie chciałem z nimi rozmawiać. Byłem głuchy na porady, nie chciałem ich. I teraz to wychodzi.

Brakuje mi lat beztroski. Wiele bym dał, by cofnąć się do momentu, od którego wszystko mogłoby pójść w innym, lepszym kierunku. Ale czasu nie cofnę. Nie wiem nawet, czy bym tak w stu procentach chciał, pamiętając o efekcie motyla. Mógłbym doprowadzić do tego, że wiele zdarzeń nie doszłoby do skutku. Na przykład, pewne bachory mogłyby nie podrzucić nam na wycieraczkę Dina.

Pozostaje działać w kierunku wydostania się z tego złego, żeby robić to dobre.

Spłacać długi, uczyć się, znaleźć dobrą pracę.

I, na Odyna, zacząć w końcu pisać. Bo po Ukochanej i rodzinie to właśnie najbardziej w życiu kocham.

Share This:

No Comments

Leave a Comment