V.

„Tarsycjusz…nieco idiotyczne imię…ale bardzo bliskie mi z pewnych względów. Dlatego je wybrałem…”

„Anita…imię to nic dla mnie nie znaczy…nie znaczyło do tej pory. Teraz znaczy bardzo wiele. Jest ucieczką, ostoją, magazynem pozytywnych emocji. Byle się tylko nie zakochać…”

„Mrówka…pracowitość w pełnej swej krasie…zarówno ona, jak i ja…”

– KURW…!!! – wrzask utonął w powodzi wymiocin kalających śnieżnobiałą muszlę klozetową. Chłopak chcący nazywać się Tarsem oparł się klatką piersiową o sedes, w myślach przeklinając swoje nieumiarkowanie w piciu alkoholu. Znów. Kolejna domówka, kolejne morze wódki, znów narzucone przez niego mordercze tempo, znów Bobas stracił po godzinie kontakt z rzeczywistością, Wieśniak odpłynął, Dyrektor zaczął swoje fazy. A on, Tars, znów rzygał.

– GRRRRRUBYY!!!!! ZWOLNIJ KIBEL! – to był chyba głos Bobasa.
– SPIERDALAJ KURWO LUCYFERA! – zabrzmiała odpowiedź z toalety.

I teraz już szeptem, do siebie rzekł…

– Tęsknię za nią. Trzeba by się z nią spotkać. Wyjaśnić pierwszą tajemnicę…

Wsadził sobie palce w gardło, wprowadzając dłoń do ust aż po nadgarstek…

***

„Dawno sie nie widzielismy. Przyjdz dzis do mnie, moja babcia chce Cie poznac :)”

Tars gapił się w smsa i chyba nie był przekonany co do zasadności tej wizyty. Nie daj Boże starsza kobieta polubi go, a jego kontakt z Anitą w jakiś sposób się zepsuje… Cóż miał jednak zrobić. Tęsknił za Mrówką, a negowanie jej pomysłu mogłoby ją zasmucić, czego za wszelką cenę chciał uniknąć. Pozostało mu wrócić po zajęciach do domu, umyć się, ogolić, zaczesać kudły, założyć koszulę i wyruszyć w podróż ku krępującemu wieczorowi.

Droga od granic miasta do centrum miała trwać około godziny, więc Tars miał trochę czasu na zastanowienie się, gdzie znajdzie czynną o tej porze kwiaciarnię…

„Kwiaty…naprawdę, to chcesz zrobić? Kwiaty przecież są takie…wymowne…” – tłukł się myślami w głowę. Nie do końca pewien, czy na pewno chce odstawić florystyczny teatrzyk, wszedł jednak do przybytku zajmującego się kwietnym handlem. Po krótkim namyśle poprosił o hiacynt w doniczce – wszak była już wiosna. Poza tym chciał dać starszej pani coś symbolizującego wiosnę ducha i inne pierdoły. Jeśli zapyta go o to, odpowie, wymyśli coś na poczekaniu. A dla Anity…

…biała róża. Czystość, skromność…

„Pięknie zaczynasz…popłyniesz na tym, zobaczysz” – Tars nie był pewien, czy to jego myśl, czy też odezwał się ten drugi organizm zwany Głosem Rozsądku. Ale przecież po co przejmować się rozsądkiem?

Ostatni odcinek drogi postanowił pokonać pieszo. Oczywiście odległość rozkładała się na dwa czy trzy przystanki tramwajowe, ale potrzebował przewiania głowy wiatrem. Zaczynało już zmierzchać, więc powietrze było chłodne, a drzewa obsypane młodymi listkami nadawały wieczorowi przyjemną atmosferę.

W końcu dotarł pod blok przeznaczenia, klatka, której numer był zatarty, domofon numer pięć…

***

– Dlaczego pięć…? Człowieku…PIĘĆ SIĘ SKOŃCZYŁ DAWNO TEMU…!

***

Drzwi otworzyła Anita, we własnej mrówczej osobie. Lekko zarumieniony chłopak wręczył jej białą różę, która i dziewczynę zaraziła rumieńcem, lecz w przeciwieństwie do wręczającego – mocnym. Za chwilę pojawiła się i babcia, która wbrew oczekiwaniom Tarsa nie była przygarbioną, niedołężną starą babą, lecz pełną życia krzepką kobietą, której wiek mogły zdradzać jedynie zmarszczki na twarzy. Poruszała się żwawo, uśmiech miała bardziej młodzieńczy od niejednego młodzieńca, siwe włosy związane w koński ogon – jak jej wnuczka. Jak wnuczka również miała błękitne oczy. Tars był pod wielkim wrażeniem i przez dłuższą chwilę oprócz „dzień dobry” nie był w stanie wykrztusić ani słowa. Babcia z zadziornym uśmiechem odebrała od niego doniczkę z hiacyntem, podała mu dłoń przedstawiając się jako Alicja, po czym dłoń tę wyrwała chłopakowi z rąk nie pozwalając na to, by ją ucałował.
– Daj spokój, to nie bal ani dwór królewski. – rzuciła ze śmiechem pani Alicja. Anita zapewne roześmiałaby się, gdyby mogła, ale nie mogła, więc jedynie się uśmiechnęła.
– Siadajcie do stołu, zaraz podam herbatę, ciasto i specjalność zakładu – krzyknęła z kuchni babcia Anity. – No, chyba, że nie pijesz alkoholu, co, przystojniaku? – powiedziała wychylając się zza futryny z filuternym uśmiechem. Tars nieco się rozluźnił, uśmiechnął się i opowiedział, że owszem, pije.
– Jak to prawdziwy mężczyzna, proszę pani.
Pani zaśmiała się.
– Niestety nie mam dziś trunku dla PRAWDZIWYCH mężczyzn, bo użyłam go do zrobienia tego, czym cię uraczę, młodzieńcze.

To, czym pani Alicja uraczyła młodzieńca i swoją wnuczkę, było domową nalewką z wiśni, za którą nawiasem mówiąc Tars szalał, a o czym swojej babci napomknęła kiedyś Anita. Teraz mógł delektować się trunkiem najwyższego sortu, godnym królów, książąt, cesarzy, bogów, samego Stwórcy.

Wieczór minął im na piciu, jedzeniu sernika pani babci, wesołych rozmowach i żartach. Babcia Anity okazała się osobą bardzo otwartą, o szerokim poczuciu humoru, sama zarzuciła kilkoma dowcipami, w pewnych kręgach uznawanymi za obelżywe. Tars momentalnie ją polubił. Z wzajemnością.

– Kochanie, chyba już powinnaś iść spać. – rzekła babcia do swej wnuczki. – Buzia ci się drze. I chyba trochę za dużo wypiłaś. Poczekaj tu chłopcze, pościelę mojej małej wyrko. – powiedziała w stronę Tarsa.

Gdy Anita położyła się spać, pani Alicja wróciła do stołu, i zaczęła mówić poważniej, choć ciągle się uśmiechała.
– Chłopcze, bardzo cię proszę, nie skrzywdź jej. Wiem, że to tekst często spotykany u rodziców córeczek, itepe, ale…ona ma tylko mnie. I ciebie, od niedawna. Ufa ci. A ty powinieneś o czymś wiedzieć.
– Czyżby o powodzie jej milczenia? – Tarsowi pod wpływem alkoholu wyłączyły się blokady, toteż ugryzł się w język dopiero po wypowiedzeniu tych słów. Chciał od razu przepraszać, ale starsza pani przerwała mu.
– Właśnie tak. Jako, że jest już późno i pewnie chcesz wracać do domu – no, chyba że nie chcesz, ale ja idę zaraz spać, więc mogę ci pościelić w małym pokoju – ale…powiem krótko. Anita widziała śmierć swoich rodziców. Bardzo krwawą. Wypadek…mniejsza o szczegóły. Miała wtedy dwanaście, czy trzynaście lat. przez dwa lata nie było z nią kontaktu, nie jadła, nie mówiła, zdawała się nawet nie słyszeć co się wokół niej dzieje. Cały czas siedziała na łóżku w szpitalu pod kroplówkami. Potem jakby odzyskała kontakt z rzeczywistością, ale nie odzywała się cały czas. Gimnazjum nadrobiła w rok. Całe. Nauczanie w domu i takie tam. W końcu pytanie jej w szkole byłoby bezcelowe. Liceum tak samo, wszystko w domu. Maturę pisała normalnie, z innymi uczniami, ustnych nie zdawała, bo nie było jak. Sto procent z matury z fizyki, matematyki i chemii. Teraz studiuje tę fizykę, ma te swoje dziwne zainteresowania. Nie byłeś w jej pokoju. Ma całe sterty książek, dziwnych książek, z wzorami, teoriami, hipotezami, również filozoficznych. Czasem się o nią martwię…ale to dobre dziecko. Dbaj o nią.

Tars siedział jak ogłuszony. Momentalnie wytrzeźwiał. Śmierć rodziców…a on ją wtedy tak po prostu zapytał…trzeba nauczyć się panować nad ciekawością.
– Czy jest jakiś sposób, by przywrócić jej mowę? W sensie…czy próbowałyście, czy pani próbowała, coś zrobić?
– Co masz na myśli?

***

„Teraz użyjemy słowa, które znamy od naszego przyjaciela Thorusa”

***

– Kontaktowała się pani z foniatrą? – zapytał chłopak.
– N-nie…a kto to taki? – zaciekawiła się pani Alicja.
– Specjalista zajmujący się głosem, emisją, zaburzeniami mowy, śpiewu, i tak dalej. Mój przyjaciel ma znajomą foniatrę, spróbuję się skontaktować, uzyskać jakieś wskazówki…
Starsza pani przerwała mu.
– Bądź delikatny i ostrożny. Nie zrób jej krzywdy.
Tars popatrzył na nią i z dziwnym uśmiechem odpowiedział:
– Proszę pani, ja chyba najbardziej ze wszystkich chciałbym usłyszeć jej głos…

Share This:

4 komentarze

  • małe a. Marzec 1, 2013 at 11:56 pm

    JESZCZE!
    To… kiedy będzie dalsza część? :):):):)

    Reply

Odpowiedz na „małe a.Cancel Reply