VI.

Domek na wsi…osoba, która wybrała imię „Tars” stała na balkonie. Był wieczór, słońce już zaszło, pozostawiając jedynie słabą łunę nad horyzontem. Drzewa, złowrogo powyginane, szumiały wiatrem przelatującym między ich nagimi jeszcze gałęziami. Chłopak, Tars, stał, opierając się przedramionami o balustradę. Marzł, ale o to właśnie mu chodziło. Chciał ochłodzić swoją gorącą głowę. Jak zwykle przy takiej scenerii, zebrało mu się na rozmyślania.

„No to żeś się zakochał, kretynie…tylko po co? Nawet jeśli CHCIAŁBYŚ, żeby coś z tego wyszło, a przecież nie chcesz, to co ty masz do zaoferowania…? Twoje chore żarty, twoją pożałowania godną troskę, twoje martwienie się bez potrzeby, twoją awersję do wszystkiego, czego potrzebują kobiety…”

Westchnął, opuścił głowę, zadrżał, uderzony kolejnym chłodnym podmuchem wiatru.

„Z drugiej strony, zakładając, co jest idiotyczne, że druga strona w jakiś sposób odwzajemni twoje chore uczucia… co ONA ma ci do zaoferowania? Czego potrzebujesz? Przytulania? Ust? Obecności? Możesz mieć to i teraz. Bez tego zjebanego tworu, jakim jest związek. Bo, pamiętaj, ty ciągle nie umiesz ufać. Twoja zazdrość już teraz cię pożera…co będzie później? Zapomnij o niej, wyrzuć ją z głowy.”

Znów westchnienie. Chłopak zaczął zastanawiać się, czy nie wrócić do pokoju, gdyż palce skostniały mu już tak, że wydawało się, iż stały się podobne do szeleszczących wokoło gałęzi. Przed opuszczeniem balkonu oparł się jeszcze plecami o barierkę, westchnął kolejny raz, i już na głos, do siebie, powiedział:
– No to odkryłeś tajemnicę dziewczyny…teraz pobaw się w mrowisko…a ze swoją tajemnicą poczekaj tak długo jak się da…
Wszedł do pokoju. Czas był najwyższy, prawie odpadły mu dłonie…

***

– Ufasz mi?
W odpowiedzi spojrzała na niego swoimi większymi niż zazwyczaj oczami. Po chwili, jakby z ociąganiem, skinęła głową na „tak”.
– Wiesz, że bardziej niż ktokolwiek, i bardziej niż czegokolwiek na świecie, chciałbym usłyszeć Twój głos?
Zaciśnięcie szczęk, groźne zmarszczenie brwi. Wzrok mówiący: „więc to o to ci chodzi, ty sukinsynu.”
– Nie gniewaj się. Wiem, że zabrzmiało to bardzo egoistycznie. Jeśli nie chcesz tego, to po prostu zostawmy ten temat. Do czasu aż zmienisz zdanie. Albo na zawsze.
Spojrzenie Anity złagodniało. Westchnęła głęboko, spuściła wzrok. Po chwili spojrzała na Tarsa, już nie groźnie, już ufnie, bezgranicznie. Z jej oczu płynęły łzy. Zanim Chłopak zdążył rozłożyć ramiona, ona już wtulała się w niego, łkając bezgłośnie.
– Nie zostawię cię, Mróweczko…
„No to klamka zapadła. Teraz nie możesz dać dupy…”

***

„Poświęciłeś się już kiedyś, i nie spotkała cię za to żadna wdzięczność. Oberwałeś za to niejednokrotnie. Ale zrobiłeś to z miłości. Teraz, w tym jakże innym świecie, znów chcesz się poświęcać. I znów nie liczysz na wdzięczność. Czyżby znów miłość…?”

***

Zgodnie ze wskazówkami foniatry, zaczęli od dodania do diety Anity pewnych suplementów. Wymusiło to na Tarsie częstą obecność u niej w domu, ponieważ nie był do końca pewien, czy dziewczyna nie będzie lekceważyć całego procesu. Pomimo początkowego oddania pomysłowi chłopaka, po czasie mogła się zniechęcić. W końcu odzyskiwanie mowy po tylu latach, w domu, bez opieki lekarzy, od których Anita stroniła, mogło być długotrwałe. Surowe jajka, herbaty owocowe nie osiągające temperatury uważanej za gorącą (do tej pory Anita piła jedynie wodę, zwykłą herbatę i napoje alkoholowe), oliwa z oliwek, olej lniany, siemię lniane, roztwory soli morskiej, kompleksy witamin B, D, A+E, i kilka rodzajów dziwnych, tajemniczych tabletek, będących prezentem od pani foniatry. Na początku Mrówka krzywiła się, gdyż smaczne to wszystko za bardzo nie było, nawet Tars był bliski zrezygnowania, byleby tylko oszczędzić jej mąk, ale ostatecznie pozostawali na wyznaczonej ścieżce. Pani Alicja wspierała młodych dobrym słowem i dobrym ciastem, zawsze dodając swój promienny uśmiech.

Po miesiącu zaczęli ćwiczenia na rozgrzanie strun głosowych. Konkretnie jedno. I w zasadzie były to próby wykonania ćwiczenia. Chodziło o mruczenie, w żargonie muzycznym zwane „mormorando”. Oczywiście z racji długiego nieużywania przez Anitę narządu mowy, pierwsze próby spełzły na niczym. Krztusiła się, kaszlała, co dziwnie brzmiało w ustach osoby bez głosu, płakała, wściekała się, rzucała różnymi przedmiotami i wybiegała z pokoju. Tars był bliski załamania, ale pamiętał o tym, co obiecał swojej Mróweczce.

Wiosna w pełni zapanowała nad okolicą, czas więc było pomyśleć o jakiejś imprezie na świeżym powietrzu. Padło na schody pod akademikiem, obok armaty. Tars uprzedził swoich kumpli, że koleżanka, z którą przyjdzie, będzie milczeć, i żeby nie robili z tego żadnej sensacji pod groźbą dostania w mordę.
Umówili się na piątek wieczór. Tars przyszedł z Anitą, przynieśli ich ulubione miodowe piwo. Co prawda duża ilość alkoholu nie sprzyjała pobudzaniu strun głosowych, ale uznali, że od czasu do czasu powinni sobie pofolgować. Głównie Anicie, w końcu to ona miała przed sobą najtrudniejsze zadanie.
Impreza przebiegała jak wiele innych w wykonaniu Tarsa i jego kolegów. Zaczęli w pięć osób i po trzy piwa na głowę, rozmawiając, a w przypadku Anity słuchając, o wszystkim i o niczym, opowiadając durne dowcipy i docinając sobie wzajemnie. Jeden z koleżków, jak zwykle po małej dawce alkoholu, zaczął zalecać się do płci przeciwnej, a że jedyną jej przedstawicielką w towarzystwie była Anita, jej właśnie przypadł w udziale wątpliwy zaszczyt odbierania amorów. Amant został, jak na każdej imprezie, szybko osadzony w miejscu przez kolegów, ale śmiechu i tak było co nie miara. Kiedy piwo się skończyło, dwóch z ekipy poszło do sklepu po zapasy. Wrócili z dwiema torbami piwa, i kolejnymi trzema osobami. Noc zapadła, gdy naokoło armaty piło i rozmawiało około trzydziestu osób. Tars, jak zwykle po alkoholu, co chwilę chodził w krzaki odcedzić przysłowiowe kartofelki. Anita zdawała się mieć jedną dodatkową nerkę, bowiem od początku wieczoru załatwiła potrzebę tylko raz.

Około północy towarzystwo zaczęło się przerzedzać, wtedy też Tars usiadł ze swoją towarzyszką na schodach przy budynku akademika. Obserwowali tych, którzy żegnali się i odchodzili, tych, którzy rozmawiali i nie zamierzali się oddalać do domu, i tych, którzy spali na ziemi, odpadłszy z imprezy z powodu zbyt dużej, jak na ich głowy, ilości alkoholu. Anita drżała lekko z powodu chłodu, chłopak otulił ją więc swoją bluzą. Stwierdził w myślach, że wygląda w niej wyjątkowo uroczo. Po chwili wypowiedział to na głos. Anita wtuliła się w jego ramię, pociągnęła go lekko ku sobie tak, że jego ucho znalazło się na wysokości jej ust.

„Ugryzie mnie, mała bestia” – pomyślał Tars z zadowoleniem. Ku swojemu zdumieniu, ale i bezbrzeżnej radości, usłyszał jednak ciche mormorando…

-…mmmmmmmmmmmm…

Share This:

1 Comment

  • Ania Marzec 3, 2013 at 11:22 pm

    OOOOoooooooooooocchhh…:3

    Reply

Leave a Comment