VII.

Początkowa euforia szybko opadła. Poza mormorando Anita nie była w stanie nic wycisnąć ze swojego gardła. Nic, to znaczy nic, co przypominałoby słowo, lub choćby sylabę. Niemniej, osiągnęli pewien sukces, i nie zamierzali się zniechęcać, jednak nie poświęcali na ćwiczenia tyle czasu, co przed pamiętnym wieczorem przy armacie. Stwierdzili, że o tej porze roku nie warto zamykać się w czterech ścianach, kiedy można spacerować po Parku Na Wzgórzu, wśród drzew rozkładających promienie słońca na świetlistą mozaikę, gdy dokoła różne stworzenia, z przewagą ptaków, urządzają swój niekończący się koncert.
Tars tęsknił za przyrodą, tęsknił tak bardzo, że gdy w końcu to sobie uświadomił, przy pierwszej wizycie w Parku, łzy popłynęły mu z oczu. Kiedyś tak często przebywał na łonie natury, obserwował zwierzęta, wdychał dzikie zapachy, albo po prostu siedział na trawie i gapił się na pień drzewa, że zaczął lepiej czuć się w lesie niż w domu. Wycieczki skończyły się razem z rozpoczęciem jego genialnego inaczej związku. Poczuł teraz jeszcze większą niechęć do dziewczyny, która zabrała mu jego życie…i jeszcze większą radość z tego, że poznał Anitę. Dzięki niej odżył, i stopniowo odzyskiwał dawnego siebie.

Park Na Wzgórzu był miejscem magicznym. I nie tylko ze względu na to, jakie wrażenia wywoływał w spacerujących po nim ludziach. Było w nim coś dziwnego, nierealnego, ale nierealnego prawdziwie i namacalnie. Zwierzęta faktycznie prowadziły niekończące się rozmowy, słońce zdawało się tu nie zachodzić. Można było przebywać tam godzinami, które równie dobrze mogłyby być dniami, a słońce cały czas było nad horyzontem. Natomiast gdy przekroczyło się granicę Parku, zbudowaną z wbitego w ziemię pasa z cegieł w kolorach tęczy, momentalnie zapadał zmrok. Oczywiście szybki powrót do Parku słońca nie przywracał, a żywe stworzenia nie dawały znaku życia, gdyż najzwyczajniej w świecie spały. Tars jednak nigdy nie miał zamiaru zagłębiać się w dziwną strukturę bytu tego Parku. Park żył, był bytem samym w sobie, CHCIAŁ mieć swoje tajemnice. A wiadomo, że kiedy ktoś chce mieć swój sekret dla siebie, będzie go strzegł za wszelką cenę. Chłopak nie chciał zadzierać z siłami, których nie rozumiał.

Tego pięknego słonecznego dnia kolejny znów poszli do Parku Na Wzgórzu. Tutaj cisza nie przeszkadzała w najmniejszym stopniu, a nawet była pożądana. Oboje, Anita i Tars, chłonęli wszystkimi zmysłami otaczającą ich, buchającą życiem, kolorami, zapachami i dźwiękami przyrodę. Szli jak we śnie, odurzeni wszystkim, co ich otaczało, rozglądali się, obserwowali wiewiórki skaczące po drzewach, po czym uwagę przenosili na kota, który polował na coś wprawiającego w ruch sitowie na brzegu strumyka, jednego z kilkunastu przecinających Park szumiącą siecią. Za każdym zakrętem, przy każdym krzaku, w każdej dziurze w ziemi czekało coś nowego, co dwoje spacerujących młodych ludzi po prostu musiało obejrzeć.

Mimo, że panowało ciepło późnej wiosny, Anita mocno wtulała się w ramię swojego towarzysza. Tarsowi podobało się to, w końcu który mężczyzna nie lubi, gdy piękna kobieta się do niego przytula. Coraz częściej jednak łapał się na tym, że zamiast obserwować to, co dzieje się w Parku, obserwował Anitę. Chłonął jej obraz, tak jakby… i to mu się coraz mniej podobało.

Nagle stanęli w miejscu, gdyż ścieżka, którą szli, urywała się pod starym dębem. Wokół były tylko chaszcze, jedyna droga prowadziła tam, skąd przyszli. Tars zmienił pozycję względem Anity – stali teraz twarzą w twarz. Każde z nich wpatrywało się w oczy swojego towarzysza podróży. Wydawało by się, że zaraz coś się między nimi wydarzy, już prawie, delikatny uśmiech Mrówki, powolne unoszenie się dłoni Tarsa…wtem jego wzrok przyciągnął jakiś ruch z lewej strony zamykającego drogę dębu. Krzaki lekko falowały, a przecież tutaj, w środku Parku, prawie nie było wiatru. Drgania gałęzi były coraz mocniejsze, coraz bardziej agresywne, aż nagle rozstąpiły się, ukazując rozległą łąkę, płaską, równą, jakby przystrzyżoną trawę z wyzierającymi gdzieniegdzie małymi kwiatkami, które w słońcu mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Kwiatki te zwrócone były w stronę przybyszów, po czym odwróciły się płynnym, zsynchronizowanym ruchem, jakby zapraszając do dalszej podróży. Tars chciał zrobić krok, ale Anita silnym ruchem ręki powstrzymała go, po czym spojrzała na niego z wyrzutem, i znacząco wskazała głową trawnik.

– No tak…przecież tam nie ma ścieżki, wyba… – urwał, bo głos uwiązł mu w gardle. Trawa zaczęła się rozstępować, jak krzaki przed chwilą, spod ziemi wyrosły nagle kamienie, tworząc twardy, zwarty chodnik. – No, po czymś takim to ja mogę iść. Panienka pozwoli – z uśmiechem objął Anitę, po czym weszli na magiczną ścieżkę…

***

Obudził się na fotelu przy komputerze. Strasznie chciało mu się spać, ledwie mógł otworzyć oczy. Cienkimi szparkami spojrzał na podłogę, gdzie w równych rządkach stały puste butelki po piwie. Westchnął smutno, przeciągnął się, dopił resztkę cieczy pozostałej w szkle stojącym dotąd na biurku, po czym kolejną pustą butelkę dołączył do kolekcji na podłodze. Przez chwilę tępo patrzył w ścianę. Nic mu się nie chciało. Ale miał jeszcze tyle do zrobienia…

– Głos sam się nie przywróci. Czas przyspieszyć…

***

Zbliżał się koniec roku akademickiego, a przy tej okazji z jakiegoś powodu organizowany był bal. Połowinki, ćwiartowinki, Tars nie miał pojęcia. Anita, w związku z bardzo małą ilością znajomych i bardzo zindywidualizowanym trybem studiów, była w tych sprawach jeszcze mniej zorientowana od chłopaka.
Tars postanowił iść na ten bal. Po pierwsze dlatego, że dawno nie był na żadnym balu. Po drugie, miał ochotę potańczyć, bo nie tańczył tak długo, jak długo nie był na balu. Po trzecie, na czym zależało mu najbardziej – chciał zatańczyć właśnie z Anitą. Ta zaś za żadne skarby nie chciała iść. Wymawiała się, a raczej wypisywała, tym, że nie ma sukienki, nie umie tańczyć, nie lubi tłoku, i wiele innych. Tars jednak, wbrew swojej naturze, naciskał tak długo, aż się zgodziła. Zaznaczyła, że robi to tylko dla niego. On zaś obiecał, że impreza się Mróweczce spodoba.

Poszli więc.

Pewnego czerwcowego wieczoru u bram klubu muzycznego „Fujarka” stanął chłopak, u jego boku zaś dziewczyna. Chłopak ubrany był przeciętnie. Ot, czarny garnitur, czarne buty, czarna koszula. Jedno, co było wyjątkowe, inne, nowe, dziwne, ale tylko dla jego znajomych, nie zaś dla bramkarza i obsługi klubu, którzy widzieli go po raz pierwszy, to fryzura. Zamiast opadać do ramion, włosy odstawały od głowy na długość wskazującego palca. Dziewczyna była ubrana równie przeciętnie. Przeciętnie dla obsługi i bramkarza, i ludzi, którzy jej nie znali. Ludzie, którzy ją znali, mieli ją zobaczyć dopiero po wejściu na salę. Więc jedynymi zdziwionymi byli na razie jej babcia i towarzysz. Babcia została w domu, i chyba zdążyła już ochłonąć. Chłopak cały czas nie dowierzał. Ubrana w smukłą, obcisłą wręcz czarną sukienkę, niemal sięgającą czarnych szpilek, z rozcięciem odsłaniającym zgrabne udo i kształtną łydkę dziewczyna była zaprzeczeniem siebie sprzed dzisiejszego dnia. Odsłonięte ramiona jeszcze bardziej onieśmielały biednego młodzieńca, a dobijał dekolt, który niezbicie dowodził, że ta istota jednak MA biust, i to wcale niezłego gabarytu. Do tej pory luźne koszulki, bluzy i zapewne odpowiednia bielizna skutecznie udaremniały wszelkie fantazje na ten temat. Dziś był jednak wyjątkowy dzień. Bal. Trzeba się było wyeksponować.

Anita patrzyła na Tarsa spojrzeniem, które śmiało można było określić jako wyraz dzikiej lubieżności. Niewiadomą było, czy był to wyraz jej obecnego stanu ducha, czy też sposób na radzenie sobie ze stresem. Bądź co bądź długo się opierała, zanim zgodziła się przyjść.

W środku przywitali się z kumplami Tarsa, którzy o ile nie mieli własnych partnerek, pożerali wzrokiem Anitę i spojrzeniami gratulowali chłopakowi partnerki. Postali chwilę i pogadali o pierdołach, Anita odpowiadała na pytania kiwaniem głową, wzruszaniem ramionami i czarującym uśmiechem. Następnie wszyscy zajęli swoje miejsca przy stołach. Impreza zaczęła się od życzeń samorządu wydziału, po czym w ruch poszły butelki z winem. Zamówiony zespół grał stare rockowe przeboje. Pierwsze pary zaczęły wychodzić na parkiet, pierwsze krawaty zostały rozwiązane, pierwsze marynarki zdjęte. Pierwsze butelki wódki zaczęły wspinać się z podłogi na stoły, dziwnym trafem znalazły się również kieliszki. Tars wstał z krzesła, podał rękę Anicie, prosząc ją do tańca. Ta nagle zgubiła gdzieś namiętne spojrzenie i z przestrachem zaczęła kręcić głową na dobitne „NIE”. Chłopak wyprostował się, przekrzywił głowę, zrobił minę „jeszcze, kurwa, zobaczymy”, usiadł, i nalał sobie i Mrówce po kieliszku wódki. Potem drugi, trzeci i piąty. W ten sposób udało mu się namówić towarzyszkę do wyjścia na środek sali.

Zaczęło się topornie, tak jak przewidywał. Anita nie miała wyczucia rytmu, albo z jakichś dziwnych powodów nie chciała się nim pochwalić. Tars jednak podszedł do sprawy z wyjątkową cierpliwością. Przebolał szybsze kawałki, których nie było więcej niż trzy, i kiedy przyszło do wolniejszych utworów, wziął sprawy (i Anitę) w swoje ręce. Ona sama ułatwiła mu zadanie, obejmując go obiema rękami za szyję i wciskając głowę w pierś. Chłopak więc obie dłonie mógł położyć na talii dziewczyny i delikatnie sterować jej ruchami w rytm spokojnej muzyki. Przytuleni do siebie płynęli w tłumie przytulonych par. Tars zamyślił się. Zaczął się zastanawiać, czy to, co się dzieje w jego głowie, nie spowoduje jakich tragicznych następstw.

„Kocham ją…nie, nie kocham. Nie wiem już sam…Nie chcę, po co psuć z nią relacje. Jest moim światełkiem w tunelu…ale to głupio brzmi, dobrze, że nie wypowiadam tego na głos. Idioto, nie próbuj w to brnąć. Tak jest dobrze…”

Z rozmyślań wyrwała go Anita, która…

***

„…boję się, że się zakocham. Bo jak się zakocham, to przepadłem. Znów.”
To brzmiało jak wspomnienie. Ale po chwili uświadomił sobie, że to sen. Wspomnienie zniekształcone. Teraz wiedział, że jego rozmówczyni powinna odpowiedzieć. Ale ona tylko dziwnie się uśmiechała…po chwili jednak otrzymał to, na co czekał.
– No to zakochaj się we mnie. – powiedziała, ciągle z tym dziwnym uśmiechem.
– I co wtedy? Wiesz, znów zakochać się bez wzajemności…trochę nie bardzo mi to odpowiada. Zwłaszcza, jeśli MAM się zakochać.
– Coś wykombinujemy.
– I co. Będziemy parą? Jak ty to sobie wyobrażasz? Nie nadaję się…
– Zobaczymy co z tego wyniknie. – mówiąc to uśmiechnęła się jeszcze bardziej tajemniczo.
– Uważaj, kiedy sobie czegoś życzysz. Czasem życzenia się spełniają. A wtedy naprawdę trzeba coś z tym zrobić…

„Uważaj, kiedy sobie czegoś życzysz…czasem życzenia się spełniają…twoje się spełnia…właśnie w tej chwili…”

– Nie wiem, czy już się w tobie zakochałem, czy jeszcze nie…ale przez to właśnie jestem wściekły na siebie. Wściekły za to, że do tego dopuściłem…

***

…wspięła się na palce, zbliżyła usta do ucha Tarsa i…

…WYSZEPTAŁA…

– …kocham cię…

Share This:

4 komentarze

  • Ania Marzec 11, 2013 at 11:15 pm

    I jaki ma głos?

    Reply
    • takisobiekoles Marzec 12, 2013 at 12:30 am

      szept jest raczej mało barwny, a poza tym, barwa nie jest tu istotna, nie sądzisz? 😛

      Reply
    • takisobiekoles Marzec 12, 2013 at 12:33 am

      poza tym nie wiem, czy ej wiesz, ale to jeszcze nie koniec… 😛 jeszcze się pomęczycie z tymi wypocinami 😀

      Reply
      • Ania Marzec 16, 2013 at 10:05 am

        Woow! Nawet nie pomyślałam, że to koniec ;P! Sam mówiłeś, że są dwie tajemnice do wyjaśnienia, czekam na drugą :D!

        Reply

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.