VIII.

Unosił się w jakiejś dziwnej zawiesinie. Transcendentalnym kisielu. Unosił się, to znaczy czuł, że się unosi, nie mógł tego stwierdzić, bo wokół nie było widać niczego, w czym mógłby się unosić. Pływać, jest lepszym określeniem na to, co odczuwał. Bo odczuwał. Chciał spojrzeć na swoją rękę, ale próba podniesienia jej do oczu zakończyła się porażką. Spróbował schylić głowę – nie mógł. Wydawało mu się, że jednak schylił, ale nie. Ciągle widział czarne NIC. Miał otwarte oczy, ale niczego nie widział. Zacisnął powieki – żadnej różnicy. Tak czuł. Nie wiedział, czy naprawdę. Ale czuł.

Sporo czasu zajęło mu uświadomienie sobie, że nie ma ciała. Że jest istotą bez ciała. Bezcielesnym „ja”, które unosi się w przestrzeni nie-życia, nie-świata. Ale nie nie-świadomości. Był świadom. Świadomy. Świadom. Świadomy tego, że nie ma ciała. Czy śnił? Czy był tym samym, czym był będąc bytem cielesnym? Wszystko jedno, i tak nic z tym teraz nie mógł zrobić. Może, mógł, będzie mógł…czas, czas nie istniał. Ale po co, dlaczego tak? Czekał.

Sen-niesen. Ciemność. I wtedy coś ujrzał. Coś, kogoś. Ideę, wyobrażenie, myśl. Widział ją, mimo, że była niematerialna. Ale to była jego myśl, jego wymyślenie. Ona. Kobieta. Myśl o kobiecie. Kobieta. Jego marzenie, jego ideał. Idea.

Zaczęła być kobietą-ciałem. Ciało. Zaczyna się pojawiać. Materializować. W czerni przestrzeni niebycie pojawia się ciało. Idea przestaje być ciałem. To już nie jest jego marzenie. Jego marzenie miało pozostać marzeniem, miało pozostać nierealnym, i przez to najpiękniejszym, marzeniem, które nigdy się nie spełni.

Ciało. Szkielet, tkanki. Mózg. Mózg, umysł, uczucia, odczucia. Ona czuje. Ona żyje. Oczy. Patrzy na mnie. Na niego. Patrzy, czuje, wyciąga ręce. Żyje. Istnieje.

Obudził się zlany potem. „Co jest grane?!” – pomyślał. spostrzegł, że siedzi na podłodze. Spadł? Być może. Albo zsunął się. Albo położył się na podłodze. Nie pamiętał. Nie wiedział, czy chce pamiętać.

„Czas doprowadzić sprawę do końca”

***

Tars patrzył na Anitę szeroko otwartymi oczami. Był bezbrzeżnie zdumiony. Nie wiedział, czy bardziej tym, że wypowiedziała słowa, wypowiedziała je czysto, z trudem co prawda, ale wypowiedziała, czy tym, że wypowiedziała akurat TE słowa. Tańczyli dalej. Anita wbiła w niego spojrzenie pełne przestrachu i nadziei, on jednak milczał. Uśmiechnął się tylko lekko, i postarał się nie myśleć o tym zbyt intensywnie. W końcu nie chciał ani sobie, ani Mrówce zepsuć wieczoru.

Po chwili oboje jakby zapomnieli o tym, co Tars nazwał w myślach „incydentem”, a Anita „o-ja-pierdolę”. Zapomnieli – nie zapomnieli, ale starali się sprawiać wrażenie, że do zdarzenia owego nigdy nie doszło. Gdy zmęczyli się tańcem, wrócili do stolika. Ku zdziwieniu chłopaka Mrówka starała się nawiązać rozmowę, słowami, słowami wypowiadanymi z jej ust, on zaś z powodu wspomnianego zdziwienia przez chwilę nie mógł wykrzesać z siebie żadnej odpowiedzi. Gdy już mógł, uświadomił sobie, że w hałasie panującym na balu trudno będzie się rozmawiać, zwłaszcza osobie, która ledwo co może mówić. Propozycję opuszczenia imprezy Anita przyjęła z nieskrywaną radością.

Szli nocą, spacerując pod ramię, w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie nasłuchiwali, jak zazwyczaj, odgłosów przyrody. Rozmawiali. Starali się rozmawiać. Anita starała się mówić. Niektóre, trudniejsze głoski i wyrazy sprawiały jej jeszcze trudność, wtedy brzmiała jakby się krztusiła. Krztusiła się naprawdę. Fragmenty wymawiane płynnie, a było ich, tak się Tarsowi wydawało, coraz więcej, brzmiały dla chłopaka jak najpiękniejsza muzyka. Głos dziewczyny był niski, melodyjny, gładki jak szyja łabędzia, miejscami nieco chrapliwy, w końcu struny głosowe nie były używane od lat, ale Tars nie miałby nic przeciwko, gdyby ta delikatna ostrość pozostała nietknięta. Zakochał się w głosie, który sam pomógł wydobyć. Zakochał się w…

***

„…no, w czym? A może w KIM? Uważaj…muszę uważać…musisz…”

***

Dalej szło już szybko. Młodzi spotykali się prawie co dzień i rozmawiali do późnej nocy. Niewiele słów sprawiało już Anicie trudność, można było powiedzieć, że misja Tarsa zakończyła się pełnym sukcesem. Wszyscy znajomi i przyjaciele obojga byli zdziwieni efektem działań młodego chłopaka, babcia Alicja wyściskała go ze łzami w oczach, powtarzając po cichu jakieś słowa, zapewne coś w stylu „dziękuję chłopcze”. Ale to nie było dla niego ważne. Najważniejsze, że w końcu mógł usłyszeć jej głos.

Wakacje hulały pełną parą. Tars zabierał Anitę na spotkania ze swoimi znajomymi. Anita swoich miała raczej niewiele, i raczej nie spędzała z nimi czasu poza uczelnią. Tak zwana „Paczka”, kumple chłopaka, trzymała się przez cały rok. Wakacyjnie – głównie nad morzem. Podróż na plażę z plecakami pełnymi piwa, całowieczorne picie, rozmowy o filozofii, życiu, dupach, cyckach, sprośne, durne, suche i idiotyczne dowcipy, moczenie nóg w słonej wodzie, rozglądanie się w poszukiwaniu strażników miejskich, obserwowanie gwiazd i wyczekiwanie wschodu słońca – tak najczęściej wyglądały spotkania grupy studentów z kierunku Tarsa. Raz jednak Bobas, jeden z członów „Paczki” rzucił:
– Czas się najebać, i to porządnie. W przyszły weekend zapraszam do siebie, przynieście tyle alkoholu, ile zdołacie unieść.

No więc poszli.

„Paczka”, Tars, i od pewnego czasu obowiązkowo z nim, Anita. Byli ludzie, było żarcie i było morze. Tym razem alkoholu. W stanie czystym. I nieco mniej. Towarzystwo standardowo spiło się i zaczęło filozofować, co Tars uwielbiał, ubóstwiał wręcz. Spiła się nawet Anita. Filozofowała również, jako, że była fizykiem ze studiów i z zamiłowania. A wiadomo, że od fizyki do filozofii mały kroczek. W filozofię wplecione były żarty, żarciki, docinki, kazirodcze ciągoty, rypanie cudzych matek, sióstr, babek, psów i chomików.

– Te, Tarsiu, a kiedy będziesz miał z Anitką małe Tarsiątka? – zapytał zalany Wieśniak.
– Wolę je mieć z twoją matką, ćwoku. – odparł niewiele trzeźwiejszy Tars.
Na to wtrąciła się Anita.
– Ja to chyba jestem jego córeczką, takim małym Tarsiątkiem, więc nie za bar…
– TO TYM BARDZIEJ! – wrzasnął Król Lew. – Przecież dzieci się rucha!
– No i co ty na to, tatuśku? – zalotnie spytała Mrówka, gładząc Tarsa w nieogolony podbródek.
– Na pohybel wam, skurwe syny, córkę własną bałamucić mi każecie!
– Kieliszki w górę, pijcie zasrańcy!
Wypili.
Anita przytuliła się do Tarsa.
– No, tatusiek, córeczka ci się upiła, co z ciebie za rodzic!
Śmiechy, alkohol, karuzela obrazów, karuzela uczuć, odczuć. Karuzela. Wir.
Gdzieś zza mgły…
-…on i tak kiedyś będzie mój.
Nie poczuł już delikatnego całusa na policzku. Nie poczuł już nic tego wieczoru. Mimo, że fizycznie był z nimi, pił, rozmawiał, żartował, śmiał się, i obejmował Anitę, nie czuł.

***

„Uchlałeś się jak świnia. Naprawdę, tak to ma wyglądać…? Tak to sobie wymyśliłeś? Żałosne…i bezcelowe”

***

Około południa większość imprezowiczów była już obudzona. „Na nogach” byłoby określeniem naginającym znacznie rzeczywistość. Tars otworzył jedno oko, lewe, i spojrzał na popękany sufit. „Kurwa, urwał mi się film…nie wypiłem żadnego soku przed snem…” – pomyślał leniwie, czekając na pierwsze uderzenie bólu głowy, ale chwilę potem przypomniał sobie, że pił spirytus, więc na kaca nie było co czekać. Wówczas otworzył prawe oko, którego kątem ujrzał czyjeś zmierzwione kłaki. Obrócił głowę i ujrzał obraz Anity wtulonej w niego, wczepionej wręcz, jak pająk w swoją ofiarę. Pod jego wzrokiem obudziła się, i zmrużonymi oczyma spojrzała na jego rozbawioną twarz.
– Żesz…kur…wa…nie piję więcej z tobą i twoimi kumplami… – wystękała, po czym opadła z powrotem na jego ramię. Dopiero wtedy Tars zaczął interesować się rozlokowaniem ludzi w pokoju. On i Mrówka leżeli na materacu na podłodze. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia – niektórzy leżeli na gołej podłodze, przykryci bluzami, podczas gdy jemu, a raczej przede wszystkim Anicie, gospodarz oddał do dyspozycji rozpięty śpiwór. Ktoś spał jeszcze na łóżku. Ktoś, czyli trzech wielkich chłopów.

Powoli wszyscy zaczęli się zbierać do pionu. Ktoś poszedł do sklepu, ktoś zaczął podsmażać kiełbasę z cebulą. Na śniadanie była jajecznica. Grucha, poczuwszy zapach smażonych jajek, pobiegł do toalety pozbyć się zawartości żołądka. Jak zwykle po czystym etanolu. Koledzy zaś, jak zwykle, skwitowali to salwą śmiechu.

W trakcie jedzenia, przez niektórych zapijanego jeszcze spirytusowymi drinkami Anita zapowiedziała wszem i wobec, że „Tarsika, tatusia swojego, zaprasza dziś na obiadek, który mu sama upichci”, co zostało przyjęte brawami, gwizdami i znaczącym „uuuuuuuu” ze strony „Paczki”. Chłopak rzucił jakiś złośliwym tekstem, przyjętym przez zebranych ze śmiechem. Nie pamiętał co powiedział. Był zaprzątnięty myślami.

Po śniadaniu wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia. Szybko pomogli uprzątnąć poimprezowy bałagan, i każdy z nich udał się w stronę drzwi. Anita chwyciła Tarsa pod ramię, wtuliła się w niego, i tak poszli w stronę jej domu, powolnym spacerem, ciesząc się popołudniowym już świergotaniem ptaków.

Tars cieszył się tylko w połowie. Druga połowa zaś myślała intensywnie…

***

„…co ty odpierdalasz…?”

Share This:

5 komentarzy

  • mariorneko Kwiecień 25, 2013 at 11:33 pm

    jajecznica story! 😀
    a ja nadal czekam na „zrycie bani”…

    Reply
    • takisobiekoles Kwiecień 26, 2013 at 6:36 am

      Toć nie wszystko od razu. Ale Tobie pewnie już nic nie zryje. Poza tym… to nie jest aż tak „hardkorowe”, żeby komukolwiek cokolwiek zryło, tak sobie rzuciłem 😛

      Reply
      • mariorneko Kwiecień 26, 2013 at 6:22 pm

        łee, ja tu liczyłam na rozjebany kosmos, a Ty teraz wylatujesz z tekstem, że „tak sobie rzuciłem” ^^ czuję się oszukana ;p

        Reply

Leave a Comment