W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim doświadczeniem

Trafiłem dziś na facebooku na artykuł o pracodawcy, rekruterze, rekrutancie, i mózgowym niedorozwoju.
TUTAJ LINK.
Wraz z przybywaniem linijek opatrzonych wyimaginowanym znacznikiem >>PRZECZYTANA<< rosła we mnie pewność, że każdy kolejny rocznik jest coraz bardziej spierdolony. Odkryłem to już wtedy, gdy byłem w gimbazie, czyli ponad 10 lat temu.

Przez dziesięć lat mogło się albo zmienić na lepsze, albo równia pochyła mogła przeobrazić się w przepaść. Stało się niestety to drugie.

W gimbazie każdy kolejny rocznik był bardziej agresywny. Jak byłem w klasie pierwszej, byłem bity tylko przez dwóch kolesi. Którzy powinni z tej szkoły wyjść dwa lata wcześniej. W drugiej klasie pyskowały mi pierwszaki. Bić ich byłoby błędem, bo mieli rodzeństwo/kolegów z podwórka w klasach drugiej i trzeciej. Jak byłem w trzeciej, na wylocie, pierwszaki rzucały się z pięściami. Nie było sensu się stawiać, trzeba było ich unikać.

Obecnie nie mam styczności z gimnazjum. Mam niestety z absolwentami szkół wyższych. I ze studentami oczywiście. I każdy kolejny rocznik ma coraz wyższe wymagania odnośnie nie siebie (ha, a to nowość…), ale otoczenia, a przede wszystkim pracodawców. Sporo absolwentów lub studentów ostatnich lat studiów wyobraża sobie, że jak już zostanie magistrem, to wrota wielkiej kariery staną przed nimi otworem. Chciałoby się powiedzieć „ja wiem, co to za otwór”, ale nie. Jako przykład – artykuł z linka wyżej.
Z jednej strony chyba należałoby się cieszyć, że dzieciaki są tak pewne siebie, że nie boją się wielkiego świata, bla bla bla. Niestety, ta pewność zbyt często przeradza się w arogancję i roszczeniowość.

Przypomniał mi się tekst z basha:

oDZ: Jade dzisiaj tramwajem, 5 chlopaszków gada sobie
oDZ: w pewnym momencie slysze taki tekst:
oDZ: 'za 10zl na godzine to sie w ogóle nie opłaca pracować'
:oDZ od razu skumałem, że to jeszcze liceum...

I zasłyszana gdzieś kiedyś sytuacja. Ktoś wpadł w długi. Nic dziwnego, w naszym kraju prawie każdy je ma. No ale jak jest dług, to trzeba go spłacić. Im większy dług, tym bardziej trzeba się starać, bo odsetki rosną coraz szybciej, zasoby rezerwowe coraz szybciej topnieją. Tymczasem ta osoba wyliczyła sobie, że żeby mogła spłacić długi w przyszłości niedalekiej, bo przed swoją śmiercią, musi zarabiać 20-30 tysięcy miesięcznie. Na rękę. Nie wnikam jak można się doprowadzić do takiego stanu, bo to nieistotne. No więc osoba ta szuka pracy. Szuka, szuka, szuka. Pono ma jakieś tam doświadczenie w zawodzie, jakieś pijary, jakieś finansjerstwo itp. itd. Ale obecnie nie pracuje, bo coś.
Ja na miejscu tej osoby brałbym cokolwiek. Byleby mieć dochód jakikolwiek. Byleby moment zera na koncie opóźnić jak najbardziej. Praca za 1500 na łapę, czemu nie? Przecież pracując mogę rozglądać się za czymś lepszym, ale mam jakąś bazę. Przecież w tej pracy mogę awansować, dostać podwyżkę. A jak nie, to i tak będzie do CV, doświadczenie, etc.
Tymczasem słyszę, przy okazji rozmowy o ofertach pracy „gdzieś tam”:

"A co to za pensja, dwa i pół, czy trzy tysiąca? Jestem wart więcej"

Skoro tak, to powodzenia w szukaniu roboty, gdzie na samym wstępie dostanie się posadę kierownika. A może nawet prezesa. Brak słów, i tylko można pomachać na do widzenia, wziąć popcorn i czekać na spektakularny upadek. Z fajerwerkami.

Są też studenci, którzy uczą się na kierunkach, którym państwo >>podobno<< zapewnia minimalną jakąś tam pensję, powyżej pewnego poziomu. Nie wiem dokładnie jak to działa, ale owe dzieci chyba wiedzą. W końcu wypowiadają się o tym ze stanowczą pewnością. Ale i tak, uczą się, byle zdać. Na trójkach przelatują przez studia, które, bądź co bądź, są prestiżowe (dla mnie prawie każde są, żadnych nie skończyłem), ale skończenie na trójach prestiżu nie przyniesie. Ale „przecież pracę mam zapewnioną, bo państwo, bo nie mogę zarabiać mnie niż X”. Niby tak, ale… skoro (jak słyszałem) wiele osób poszło na te studia, bo dostaną posadę po rodzicach, to automatycznie wolnych miejsc pracy jest jakby mniej. Swojego biznesu w tej branży nie można założyć bez kilku lat (ustawowo, zdaje się) doświadczenia w charakterze pracownika. A pracownika nie przyjmą, jeśli mają komplet (tu głównie dlatego, że nie wszyscy starzy umarli albo nie poszli na emeryturę, a nowi przychodzą jako dzieci szefów). Więc tam, gdzie jest miejsce, pracodawca (tak sądzę) będzie wybierał raczej tych z piątkami, niż z trójami. Jak piątkowi znajdą pracę, zostaną jeszcze czwórkowi. Po czwórkowych, być może ci trójkowi, którzy nie powtarzali żadnego roku ani żadnego przedmiotu. Ktoś się oburzy: „ALE JAK MOGĄ TO SPRAWDZIĆ?!” Mogą. I sprawdzą. Tak samo jak to, czy nigdy nie dostałeś mandatu.

Wychodzi na to, że faktycznie w Polsce nie ma pracy. Nie ma pracy dla tych, którzy nie szanują innych ludzi, ich pracy i czasu, jaki musieli poświęcić by dostać to stanowisko szefa, kierownika, rekrutera, czy co innego (pomijając oczywiście nepotyzm i dupy dawanie za awansowanie – co rzadkie też nie jest). Zawsze można wyemigrować, i przy minimalnym wysiłku zarabiać na Wyspach więcej niż podwójna średnia krajowa w Polsce. Można. Ale nie każdy chce wyjeżdżać. Skoro więc chcesz zostać, musisz się dostosować. Zaakceptować to, do czego masz dostęp, i wykorzystać szanse, które daje nawet nie los, ale drugi człowiek. Firma, korporacja, która szuka pracowników.

Na koniec dwa dowcipy. O Bogu.

Pewien facet popadł w kłopoty finansowe. Jego firma popadła w długi, stracił samochód, bank chciał zająć dom. Postanowił zagrać w lotto. Niestety nie wygrał. Modli się więc do Boga:
- Boże, moja firma bankrutuje, mogę stracić dom, spraw, żebym wygrał w lotto!
W następnym losowaniu znowu wygrał ktoś inny. Znowu się modli i błaga:
- Boże, za tydzień stracę dom, gdzie się podzieję z rodziną?!
Znowu wygrywa jakiś inny gość.
- Boże, nie masz litości? Moja rodzina głoduje, jutro bank nas wyrzuci z domu, pozwól mi wygrać w lotto!
Nagle widzi błysk i staje przed obliczem rozgniewanego Boga:
- Mogę Ci pomóc, ale wykrzesaj też coś z siebie - wypełnij wreszcie ten cholerny kupon!

I drugi:

Kiedy podczas powodzi wzbierająca woda podeszła pod dom pewnego gospodarza pojawiła się tam też łódź ratunkowa. Mężczyzna ten odesłał ją jednak ze słowami „Nie potrzebuję was, bo Bóg ma mnie w swojej opiece”.
Kilka godzin później, kiedy woda sięgała już do okien pojawiła się druga łódź i podobnie jak pierwsza została ona odesłana z identycznym uzasadnieniem.
Woda szybko wzbierała i w pewnym momencie nasz gospodarz był zmuszony do schronienia się na dachu. Kiedy tak siedział na jego szczycie w oddali pojawił się helikopter, który podleciał bliżej i załoga spuściła w dół linę, po której mężczyzna ten mógł wciągnąć się na górę. Ten jednak odmówił z uzasadnieniem „Nic mi się nie stanie, Bóg ma mnie w swojej opiece”. Helikopter odleciał, woda nadal wzbierała i nasz bohater utonął.
W Niebie, jeszcze mokry od wody, rozczarowany i zły trafił w końcu przed oblicze Boga i zaczął na niego krzyczeć: „Dlaczego tak mnie zawiodłeś, ja w Ciebie wierzyłem a Ty pozwoliłeś mi utonąć!!!” . Bóg na to: „Odczep się ode mnie, wysłałem ci przecież dwie łodzie i helikopter!”

Tak właśnie, jak ci dwaj z dowcipów, ludzie olewają szanse, które przed nimi stają. Spodziewają się cudów, fajerwerków, tego, że ktoś zrobi coś za nich. Cytując Staszka >>Star Factora<<: „Życie to nie film”.
Ludzie, weźcie sprawy w swoje ręce i przestańcie pierdolić. Pierdolić głupoty i własne życie.
A narzekać możecie dopiero, gdy pomimo wszelkich wysiłków nic nie wyszło. Ale wtedy prawdopodobnie będziecie już martwi.

Share This:

No Comments

Leave a Comment