Wielki powrót Syna Marnego… czy jakoś tak

Ostatnio jest mnie jakby mniej.

co on ma na myśli do diabła jasnego, cóż to za trolling i wieloznaczna wypowiedź?!

Haha, może tłuścioch schudł? Może MBL ma rację…Zaraz, zaraz! Ona nie ma racji!

Ale może choć trochę…

NIE!

Otóż MBL (kto nie wie, co ten skrót oznacza, niech sobie wklepie w szukajce na tymże blogu) ostatnio poinformowała mnie, iż widziała mnie dzień wcześniej (WOW). I że chyba schudłem.

Nie wiem, już dawno zrezygnowałem z mierzenia się metrem krawieckim (bo za krótki) i z ważenia na wadze.

Z tym metrem to żart, z wagą nie do końca. Człowiek przez dwa tygodnie ćwiczy, coś mu tam mięśnie urosną, tym samym waga wzrasta, a Ukochana mówi, że

Przytyłeś tłusta świnio weź się za siebie o ja pierdolejakityjesteśbeznadziejny

No nie, aż tak to nie. Ale smutno jej. No i co ja mam zrobić? Przestaję ćwiczyć. Bo skoro „te moje ćwiczenia i tak nie przynoszą rezultatów” to na cholerę się przemęczać?

Ale jak zrobić, żeby się nie narobić, a uszczęśliwić (he he) Ukochaną i nie zejść na zawał / miażdżycę / marskość wątroby / etc., wiedząc, że żadna dieta się mnie nie ima (bo brakuje mi samozaparcia, w przeciwieństwie do tradycyjnych zaparć), i jedyne, co może mi pomóc to śmierć / liposukcja / pranie mózgu?

No jak to co? JEDZONKO

Je je je jedzenie

Wymyśliłem sobie pewną… tak, tak, dietę. Właściwie nie wymyśliłem, a przywołałem z pamięci zalecenia lekarza sprzed… prawie dziesięciu lat. Mógłbym poprzynudzać czytelników historią zęba, bo to o ząb się rozchodzi, a rzeczony lekarz jest (lub był, nie śledzę jego losów) stomatologiem, ale prawdopodobnie gdzieś już tu kiedyś o tym pisałem. Dość wspomnieć, że ze skurczybykiem (zębem, nie lekarzem) męczyłem się jakieś dwanaście lat, i skończyło się to wyrwaniem go, wydłutowaniem korzeni, które postanowiły jednak zostać w dziąśle, a na dokładkę – skrobaniem kości. Koniec końców została mi po zębie dziura, bla bla bla…

chodzi o to

że dentysta przykazał mi przez kolejne pięć dni spożywać jedynie produkty płynne i półpłynne. I to nie za ciepłe, ani nie za zimne. Takie letnie, jak choćby nieco odstała zupa czy jogurciki po pół godziny od wyjęcia z lodówki. Jako że do Wigilii Bożego Narodzenia pozostało pięć dni, pan stomatolog, który w mojej paszczy bawił się w górnika, łaskawie zapewnił mnie o możności najedzenia się do syta już w ten dzień. Zresztą, nawet gdyby nie jego pozwolenie, karpia i tak bym nie odpuścił.

Przez te pięć dni schudłem jakieś pięć kilo. A przynajmniej takie informacje uzyskałem z obserwacji wagi, na którą właziłem. Obojętnie, czy to było pięć, siedem, czy trzy i trzy czwarte. Schuść – schudłem. I to jest tu najważniejsze

Każde dziecko wie, że Maretzky’emu potrzebny jest talerz pożywnej zupki

Tak, to jest właśnie ten pomysł. Zupki. Lubię gotować. Aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że kocham, i nie jest to jakaś moja wielka pasja, to jednak pichcenie sprawia mi sporo satysfakcji. A skoro mogę zjeść dobrze, w miarę tanio, i jeszcze do tego zrobić to sobie sam, a na sam dodatek, tę wisienkę na płynnym torciku, schudnąć, to… no kurwa!

Tak, wymyśliłem sobie, że będę się starał zamienić stałe żarcie na w miarę (pół)płynne. I zobaczyć, co z tego wyniknie. Jak schudnę, to dobrze, jak nie, to chociaż dobrze pojem. A tę pieczarkową jem już od trzech dni, i ciągle nie mam jej dość.

po obiedzie czas na deserek

Odejdźmy od jedzenia. Na blogu też jest mnie mniej. W zasadzie można to potraktować jako swego rodzaju okresowość. Mam okresy wzmożonej aktywności, po których przychodzi czas niebytności całkowitej. Może jestem niestały w uczuciach? Nie kocham swojego blogaska? Początkowe ambicje zostały ostudzone przez zimny wiatr weryfikacji rynkowej, i stwierdziłem, że nie mam już czego szukać w blogosferze?

Jakiś czas temu właśnie nad czymś takim się zastanawiałem. Przecież prawie nikt mnie nie czyta, przecież nie jestem ani regularny, ani tematyczny, ani sympatyczny, ani przebojowy, nikt nie proponuje mi współpracy, nikt nie chce mi dać pieniążków… A potem przypomniałem sobie dzień sprzed prawie pięciu lat. Dzień, w którym postanowiłem, że nie będę już pisał do szuflady, że podzielę się ze światem swoimi wypocinami, czymkolwiek by miały nie być. Dzień, w którym założyłem darmowego bieda-bloga na wordpressie, i zaprawdę, przypominam Wam, że głęboko w dupie miałem, czy jednak ten świat będzie to czytał.

Więc do tego chyba trzeba będzie wrócić. Nie do starania się, by miało to ręce i nogi, a do pisania tego, CO mi ŚLINA na JĘZYK przyniesie. Czyli do tego, od czego się ten cały burdel zaczął.

Tak naprawdę do napisania w końcu czegoś w tym grajdołku, żeby było mnie jednak trochę więcej, zmotywował mnie lajk na fanpejczu, i kolejne lajki (tego samego użyszkodnika) pod wpisami umieszczonymi właśnie tam. Znaczy się, na fanpejczu.

Dziękuję, nieznana istoto z samochodami na profilu.

Ale, cholera, to była straszna męczarnia…

Tytuły nagłówków inspirowane były pewnymi ważnymi dla kultury i sztuki filmami

Na przykład Żółty szalik w reżyserii Janusza Morgensterna

Albo KlejNuty – Krzysiu

Share This:

No Comments

Leave a Comment