Winda do nieba – Juliusz Maretzky

W tym opowiadaniu chciałem połączyć postapokalipsę z czymś na kształt… małego Tarzana…? Wyszło jak wyszło, opinie były, jakie były. „Za grzeczne” to jedna z nich. Możliwe.

Wklejam fragment z wersji ostatecznej. Niech szlag trafi przeklejanie tekstu z PDFa…

 ***

Mały chłopiec skulił się w swoim schronieniu. Liczył na to, że metalowa klapa nie odchyli się nagle z piskliwym jękiem przerdzewiałych zawiasów, że blokujące drzwi do kryjówki patyki i skorodowane metalowe drągi wytrzymają.

Że potwór szarpiący za uchwyt od zewnątrz jest zbyt słaby, mimo głodowego szału.

Klapa zadrżała i odchyliła się na tyle, by słabe światło zagościło w ponurej norze. Chłopiec przycisnął do piersi nóż, jedyną pamiątkę po matce. Na jej wspomnienie łza spłynęła mu po policzku. Jedna łza. Nie mógł pozwolić sobie na słabość, nie teraz.

Osłona wejścia podskakiwała, ale prowizoryczne sztaby nie pozwoliły się jej otworzyć. Bestia warknęła raz i drugi, szarpnęła raz jeszcze, mruknęła z rezygnacją i chyba odeszła… Chłopiec postanowił poczekać kilka chwil. Niektóre z drapieżników nauczyły się cierpliwości. Może i ten czeka, aż jego ofiara, poczuwszy się bezpiecznie, wyjdzie z ukrycia…

Przez długi moment nic się nie działo. Chłopiec w końcu postanowił zapolować na swojego prześladowcę. Teraz już nie da się zaskoczyć, tym razem wprowadzi go w pułapkę.

Nie zdążył wyciągnąć wszystkich blokujących klapę drągów, gdy usłyszał przenikliwy pisk. – A niech to! – pomyślał. Najwyraźniej zwierz sam wlazł w pułapkę przygotowaną przez chłopca. Dał mu przez to zbyt mało czasu na dobicie go i zaciągnięcie do kryjówki. Zbolały głos na pewno usłyszały inne drapieżniki…

Uporawszy się z drzwiami, chłopiec chwycił prymitywną włócznię – ostro naostrzony kij – i wyleciał z kryjówki jak z procy. Potwór ciągle wył, dlatego mały myśliwy nie miał problemu ze zlokalizowaniem go. To ta pod sklepem. Przebiegł przez poharataną ulicę pełną odłamków gruzu, szkła i plastiku. Na całe szczęście miał na nogach gumowe buty. Trochę zbyt ciepłe, jak na panującą w ruinach miasta temperaturę, ale przynajmniej nic nie wbijało mu się w stopy.

Zarówno buty, jak i reszta jego ubioru pochodziły z okolicznych sklepów odzieżowych. Podczas zamieszek ludzie woleli kraść telewizory i komputery, a przede wszystkim mordować się nawzajem. Nikomu nie przyszło do głowy, by kraść dziecięce ubrania.

Chłopiec miał na sobie wytarte dżinsy koloru pyłu i żółty bezrękawnik. Rękawy stracił na rzecz bandaży, których brakowało mu do zatamowania krwotoku jego matki. Żółta barwa zaś pozostała jedynie w jego pamięci. Ubranie miało kolor taki, jak spodnie i buty – barwę szaro‑kremowego pyłu, którego wszędzie było pełno. Miało to też swoje dobre strony – łatwiej było mu się ukryć.

Wielki kojot wił się pod ruinami sklepu. Chłopiec nie pamiętał co w nim sprzedawano, a raczej co mama o tym mówiła. Był zbyt młody, by pamiętać czasy sprzed wojny domowej. Jednak pamiętał, że kiedyś był to sklep. Wyglądał jak sklep. Miał drzwi i wielkie oszklone okna. Chyba nazywało się to „wystawy”. Nie pamiętam…

Ta wiedza nie była mu teraz potrzebna. Tak samo jak to, jak miał na imię. Mama zwracała się do niego głównie „synku” albo „kochanie”. A może nigdy nie nazywała go żadnym imieniem? Może nawet nigdy mu go nie nadała? Urodził się kilka lat po Burzy. Trwała już wojna. Imię dla dziecka to chyba nie była najważniejsza rzecz… Gdybym ja mógł kiedyś zostać mamą, dałbym synkowi na imię… Tygrys. Tygrys był najpotężniejszym zwierzęciem, jakie chłopiec kiedykolwiek widział. Ogromny, pasiasty kot był wielki jak ciężarówka, a jego ryk osłabiał w chłopcu wolę walki. I wolę życia. Mama mówiła, że prawdziwe tygrysy nie były takie duże. Że ten jest… ztumowany… czy jakoś tak.

W pobliżu nie było widać żadnych drapieżników. Kojot nagle umilkł, gdy chłopiec wbił mu patyk w serce. Teraz pozostawało tylko otworzyć pułapkę, którą kiedyś znalazł w sklepie dla myśliwych i zabrać trupa do kryjówki. Otwarta pułapka przyda się na następnego nieuważnego zwierza. Trzeba ją tylko odpowiednio zasypać pyłem…

Chłopiec miał w okolicy pięć takich pułapek. Ktoś kiedyś powiedział, że są na niedźwiedzie, ale tutaj niedźwiedzi nie było. Za to byli ludzie. Ludzie byli najniebezpieczniejszymi zwierzętami ze wszystkich: potrafili używać narzędzi i noży, ciągnęli silniej za uchwyt przy drzwiach i potrafili mówić tak jak chłopiec. Raz prawie go zabili, bo dał się nabrać na ich słowa. Raz.

Ludzie unikali terenów, na których urzędował. Kilku z nich wpadło kiedyś w pułapki na niedźwiedzie, które pogruchotały im kości. Nie wiedzieli ile jeszcze jest tu tych żelaznych szczęk i nie potrafili ich szukać. Tych kilku, którzy dali się złapać, chłopiec użył jako przynęty na padlinożerców, którzy mieli więcej mięsa niż wychudzone kojoty. Pomysł na przynętę przyszedł chłopcu do głowy, gdy szukał dla ludzi jakiegokolwiek zastosowania po tym, jak okazało się, że są niesmaczni. Ich mięso smakowało dziwnie, jakby było przyprawione. Nawet po upieczeniu chłopiec miał po nich zawroty głowy, a raz nawet zdawało mu się, że widzi mamę. To pewnie przez te dziwne dymiące rzeczy, które trzymają w ustach. I tę śmierdzącą wodę, którą piją ze szklanych naczyń.

***

Share This: