(W)lany podzieniałek

Na początku mały heheszek: pisząc tytuł posta (czy tak to się nazywa, jeśli chodzi o wpis na blogu…?) pomyliłem się, i wpisałem „podzi”, po czym wcisnąłem, pomocny jak zawsze, klawisz [Backspace], i… stwierdziłem, że w sumie tytuł jest zabawny.

Nie. W ogóle nie jest zabawny.
I chuj.

Piszę o poniedziałku dopiero teraz, gdyż w wyniku niezamierzonej, opisanej już, katastrofy z piwem w roli głównej, klawisze jednak przestały działać. Niektóre. Razem z Ciotunią postanowiliśmy rozebrać klawiaturę i przeczyścić jej wnętrze. Widok w połowie roboty wyglądał mniej więcej tak:
Klawiaturka

Przeczyszczenie przebiegło nad wyraz sprawnie, natomiast wsadzanie klawiszy na miejsce było już zabawą wymagającą cierpliwości zegarmistrza. Przy tej też okazji stwierdziłem, z całą stanowczością, że rzeczonego zawodu nie mógłbym wykonywać. I już.
Po wklejeniu klawiszy skonstatowaliśmy, że zewnętrznej obudowy klawiatury już nie przymocujemy – mini-blokady zostały wyrwane przy rozbrajaniu. Ale wypadałoby chociaż stwierdzić, czy klawisze dzia… Nie. Nie działają. Korzystam więc, póki co, z zewnętrznej klawiatury pod USB.

A wracając do tytułowego Poniedziałku Wielkanocnego… Razem z Siostrzyczką co roku obmyślamy strategię, jak zmoczyć innych zanim sami zostaniemy zmoczeni. Zawsze się udawało, w mniej lub bardziej pokrętny sposób. Nawet zablokowane krzesłami drzwi nie stanowiły dla mnie przeszkody. W tym jednak roku… Dokładnie trzy minuty po północy Mały Chuj, zwany również Moim Najmłodszym Bratem, wlał mi wodę do ucha. Spałem. A jakże. Zawsze akcje wojenne rozpoczynały się po 4 nad ranem. Gnojek kampił od godziny 23… Trzeba mu przyznać, wytrwały jest. Ale obok łóżka miałem już przygotowaną giwerę w postaci dwuipółlitrowej butelki po napoju z dziurami w nakrętce. Dopadłem narzędzia i ruszyłem w bój. To była masakra, którą musieliśmy potem ścierać z podłogi.

Starzeję się… ale mam godnego następcę 😀

Share This:

No Comments

Leave a Comment