X.

Siedział otępiały. Przerażony. Jego siostra miała nietęgi wyraz twarzy.
– Co się z tobą ostatnio dzieje? – zapytała, jakby z wyrzutem.
Popatrzył na nią bez zrozumienia.
– Ostatnio świrujesz.
Chłopak skrzywił się i zamruczał coś pod nosem.
– Znów mruczysz. Ciągle mruczysz, ciągle od ciebie czymś wali albo…
– Co? O czym ty gadasz?
Westchnęła.
– Nie ogarniasz życia, chłopie. Od pewnego czasu patrzysz tępo w ścianę, mruczysz jakieś dziwne słowa. „Szkurwa”. Chwilę potem „figlarnie”, po czym parsknąłeś. Innym razem wrzasnąłeś „MAM!!!”, po czym złapałeś się za twarz, ale chwilę później znów siedziałeś jak przygłup.
– Ja pier…
– No, dokładnie. Kiedy indziej miałeś w łapie kartkę, i patrząc przed siebie pisałeś po niej. Zerknęłam na to. Było coś tam o demonie Laplace’a, jakieś pierdoły filozoficzno-fizyczne.
Tars nie dowierzał. Tars…czy to było jego prawdziwe imię?
– Czy…czy…jak mam na imię?
– Kurwa, no nie wierzę…naprawdę cię posrało. Raz się obudziłeś z siniakami na kolanie, jakbyś pierwszy raz grał w kręgle. Ale nie grałeś. A następnego dnia siniaków nie było. Inna rzecz, że nawet ich nie zauważyłeś.
– Imię, moje imię!
– Często stoisz na balkonie, tego też nie pamiętasz? Rozmyślasz, a jak wracasz, to zataczasz się, jakbyś był pijany. Zresztą często wali od ciebie alkoholem. Raz pachniałeś kwiatami i nalewką z wiśni.
Trzymał się za głowę. Był przerażony.
– Największe jaja były, jak siedziałeś w nocy przy moim biurku, przy komputerze, i chlałeś piwo. Obudziłam się, i widziałam, że śpisz. Nagle się ocknąłeś, dopiłeś piwo z butelki i mruknąłeś coś o głosie i przyspieszeniu. Miałeś liście we włosach. Jakieś dziwne, jakby świecące. A następnego dnia poszedłeś do fryzjera…
– Park Na Wzgórzu, bal… – wyszeptał.
– Co? A, innym razem znów spałeś od wieczora do wieczora, a kiedy w końcu wstałeś, waliło od ciebie wódą. No i teraz ta plama.
– Cylka, jak mam na imię?
Cylka, a właściwie Cecylia, westchnęła, przewróciła oczami, i powoli cedząc słowa, rzekła:
– Od urodzenia, Juliusz. Ostatnio coś ci odbiło i chcesz się nazywać swoim imieniem z bierzmowania, Tarsycjuszem.
– Kurwa…

Chodził w kółko po pokoju. Cecylia patrzyła na niego jak na idiotę. Tars tymczasem intensywnie myślał.
„Wymyśliłem sobie Anitę, wymyśliłem sobie tamten świat, tamtą historię. Tak mi się przynajmniej wydawało…Tak czy siak, tamto to inny świat. A ja mogę do niego podróżować. Jednak moje ciało zostaje tutaj…”
Zatrzymał się.
– Skoro mogę przenosić tu liście, plamy i smród, to może mogę zabrać stamtąd…człowieka?
– Jesteś debilem. – skwitowała Cylka.

Usiadł na fotelu. Wbił wzrok w ścianę. Cecylia cały czas go obserwowała, martwiąc się, czy jej brat faktycznie nie oszalał.
– Dlaczego nic się nie dzieje…? – z paniką w głosie pytał sam siebie Tars.
– Bo może nie patrzysz w ścianę jak idiota? – odpowiedziała cynicznie siostra.

Leżał na kanapie, zastanawiając się, po co właściwie chciał wracać do nie-wymyślonego Gdańska. Pierdolonego Gdańska. Anita płakała przez niego, nie chciała już go znać. Z rozpędu pomyślał, że mógłby ją przeciągnąć do swojego świata. Tylko po co? Żeby znienawidziła go za to, że odebrał jej ostatnią osobę z rodziny?

Zapadła noc. Tars stał na balkonie. Czuł wiatr szarpiący jego włosy. Czuł chłód na całym ciele. Zapomniał jaki jest miesiąc. W tym świecie. A w tamtym? Teraz mógłby być jakikolwiek. Mógłby być…no właśnie, jakikolwiek. Przecież był tam zawsze wtedy, kiedy chciał. Co prawda nigdy nie pojawiał się w wydarzeniach przed tymi, które już „wymyślił”, ale mógł…”przewijać”…do przodu. Ominąć dwa miesiące, gdy nic ciekawego się nie działo, nadając w tym okresie jedynie zarys swojego niby-życia. Skoro nie był to świat wymyślony, a on mógł pojawiać się tam w dowolnym momencie przyszłości…oznaczało to pewnego rodzaju władzę nad czasem. I przestrzenią. W końcu każda wycieczka TAM była przemieszczeniem się. Gdzieś…

– To bez sensu. To bez sensu. Po co. Nie.
– Przestaniesz wreszcie? Chcę spać… – wymamrotała przez półsen Cecylia.
– Muszę tam wrócić…
– To wracaj, przynieś skarb, zabij smoka, uratuj dziewicę, tylko DAJ MI SPAĆ!

Za oknem błysnęło. Grzmotnęło. Za chwilę z drugiej strony domu. Wyglądało, jakby burza rozpętała się naokoło wsi. Tars miał niejasne przeczucie, że to przez niego. Kochał Anitę, cokolwiek to nie znaczyło, chciał być przy niej, mimo tego wszystkiego, co jej powiedział, chciał ją sprowadzić do siebie, i wiedział, że narobi tym potwornego bałaganu. W tamtym świecie. I w swoim własnym. Walczył w tej chwili z własnym egoizmem. I z uczuciem, którego nie potrafił nazwać, ale jednak zdefiniował je jako „MIŁOŚĆ”.

„Wszystko pięknie, tylko najpierw muszę się tam dos…”

***

Siedział na na trawniku w Parku Na Wzgórzu. Spodziewał się tu tego samego, co wokół domu rodziców w „prawdziwym świecie” – potwornej burzy. Ale Park jak zwykle skąpany był w promieniach słońca. Pomyślał, że może poza granicami tego magicznego miejsca dzieje się coś złego, ale po kilkunastu minutach przekonał się, że nic złego się tu nie wydarzyło. W skali globalnej. Bo lokalnie to złe rzeczy wyrządził Anicie. Sięgnął do kieszeni – nie miał w niej nic. W drugiej też. Tylne kieszenie również nie zawierały nic.
– Kurrrwa, gdzie telefon…?
Puścił się biegiem w stronę miasta. Chciał jak najszybciej porozmawiać z Anitą. Przeprosić. Powiedzieć o tym, co czuje. Może nie było za późno…

***

Cecylia siedziała w salonie, w drżącej ręce trzymając szklankę gorącej herbaty, którą przed chwilą popiła kilka tabletek na uspokojenie. Kilka minut wcześniej, po okrzyczeniu Tarsa za niedawanie jej zasnąć, kątem oka zarejestrowała, że jego oczy zaczynają świecić ciemnobłękitnym blaskiem. Ułamek sekundy potem ich pokój rozświetliła błyskawica, która uderzyła w drzwi na balkon roztrzaskując je w drobny mak i kierując się w stronę chłopaka. Po chwili jej brata nie było na jego łóżku. Nie było śladu po spaleniu, porażeniu,wybuchu. Żadnego śladu, poza odłamkami drzwi na podłodze i wiatrem wdzierającym się przez dziurę…

***

Tars zwolnił bieg. Zaczął rozglądać się wokoło. Obserwował Gdańsk-nie-Gdańsk. Niby to samo, ale inne miasto. W prawdziwym świecie tu właśnie studiował. W nie-wymyślonym również. Ale oba Gdański nieco się od siebie różniły. Wiele budynków istniało tu albo tam, albo w obu światach, różniąc się kolorystyką. Rozpoznawał niektórych ludzi, którzy jednak nie rozpoznawali jego. Patrzyli jak na idiotę. Tak to wyglądało, wgapiał się w nich jak psychopata. Nieznajomi uśmiechali się do niego. Po chwili przypomniał sobie swoich znajomych STĄD. Zakręciło mu się w głowie. Usiadł na chodniku. Było mu niedobrze.
„Co się dzieje…?”
Czuł, że jeszcze chwila i straci przytomność.
Ta chwila minęła.
Zapadł się w ciemność…

***

Burza się skończyła. Tarsa, ani jego ciała, nigdzie nie było. Tak jakby zniknął. Tak jakby burza pojawiła się tylko po to, by go zabrać. Jego siostra powiedziała rodzicom o jego zachowaniu w ostatnim czasie. Czuła, że wydarzenia z tej nocy w jakiś sposób wiązały się z jego świrowaniem. Nie rozumiała jednak, o co w tym wszystkim chodzi. Bo i skąd miałaby to wiedzieć?

***

Ocknął się, usiadł, po czym opadł na plecy. Zamroczyło go.
– Uspokój się. – usłyszał znajomy głos. Anita!
– Ani…
– Nic nie mów.
– Ale…
– Najpierw ja powiem, dobrze? No więc tak… – wzięła głęboki wdech. – Byłam na ciebie strasznie wkurwiona. Za to co mówiłeś. O tym wymyślaniu, wyobraźni, i tak dalej. Chciałam cię zatłuc. Ale kiedy zniknąłeś…rozpłynąłeś się w powietrzu… – głos jej zadrżał. – wiedziałam, że coś jest nie tak. Że dzieje się coś dziwnego, i… szukałam cię, po całym mieście, obdzwoniłam wszystkich naszych wspólnych znajomych. Babcia zaangażowała znajomego detektywa. Bez skutku. Aż tu nagle znajdujesz się nieprzytomny na chodniku.
– Ile mnie nie było?
– Zanim cię zabraliśmy, leżałeś nieprzytomny pół godziny, tak mówili świadkow…
– Ile czasu minęło od mojego zniknięcia?! – krzyknął zniecierpliwiony. – Przepraszam, ja…
– W porządku. To było dwa tygodnie temu. Dokładnie szesnaście dni.
Szesnaście dni. Mogło być gorzej. Rok. Albo dwadzieścia.
– Co teraz? – zapytał.
Milczała.
– Przepraszam cię za to, co mówiłem, jak mówiłem… Ja…
Zamknęła mu usta pocałunkiem. Krótkim, płytkim. Prawdopodobnie pierwszym w jej życiu. W zasadzie to nie pamiętał, czy się całowali przedtem. W ciągu tych miesięcy, które omijał. Nie wiedział, co go ominęło.
Milczeli oboje.

– Mróweczko…wiem, że może na to nie wyglądało, ale… – zaciął się. – W sumie to sam nie wiem co chcę powiedzieć. Chciałbym powiedzieć „kocham cię”, ale nie wiem, czy faktycznie akurat TO czuję. Wiem tyle, że przy tobie od pierwszego spotkania – uśmiechnął się na wspomnienie swojej prawie-wywrotki – czuję się naprawdę szczęśliwy. Nie mogę ci obiecać, że ty będziesz szczęśliwa przy mnie, ale…
Parsknęła. Spuścił wzrok. Pokręciła głową.
– Tars. Od czasu, kiedy obnażyłam się ze swoimi uczuciami nic się nie zmieniło. Ale to nie ty jesteś problemem. Problemem jest to, że jesteś jakby z innego świata. Jak sobie to wyobrażasz? Zabierzesz mnie z sobą? Wyrwiesz stąd? Od babci, znajomych? Co się tam ze mną stanie?
– Nie wiem…Ja…jakimś cudem przeniosłem stąd liście z Parku, plamę po golonce. Smród alkoholu. Może udałoby się przenieść ten świat do mojego…scalić je? Wiele elementów jest wspólnych, wiele się różni, ale…
Sam przestał wierzyć w to co mówi.
– Wszystko pięknie, ale jak wyobrażasz sobie fuzję dwóch Kowalskich? Mózg oszaleje, osobowość zwariuje. Z dwóch uczciwych sklepikarzy możesz stworzyć mordercę.
Spojrzał na nią zimnym wzrokiem.
– Naprawdę to cię będzie powstrzymywać? Jeśli faktycznie tak będzie, to przecież nikt nie będzie się czuł skrzywdzony. Unicestwimy dwa światy, ale stworzymy nowy. Oni nie będą pamiętać przeszłości. Zmieniając ludzi, budynki, wszystko, zmienimy też wspomnienia. Zarówno tych, którzy się scalą, jak i wszystkich znajomych.
– A my? Będziemy się pamiętać?
– My istniejemy tylko w swoich światach.
– Skąd ta pewność?
Tym razem jego wzrok był ciepły.
– Zaufaj mi.

***

Postawili na nogi całą wieś, całe pobliskie miasto. Zainteresowali się ich sprawą naukowcy z uczelni w całym kraju. Był człowiek, nie ma człowieka. Nie było po nim żadnego śladu. Tak jakby nigdy nie istniał. Po burzy też śladu nie było. Zniknęły chmury, które strzelały piorunami. Mimo, że samo zjawisko zostało zarejestrowane, nie można było przeanalizować przyczyn, ani skutków. Chmury pojawiły się nagle, rozpętały piekło, jak się okazało w połowie Europy, zabrały jednego przeciętnego chłopaka, i zniknęły.

***

Babcia Alicja dziwnie się uśmiechała słuchając opowieści młodych. Stwierdziła, że nawet jeśli miałaby zginąć, to „przeżyła już tyle, że więcej nie musi.”
– Skoro okazuje się, że nasz świat nie jest jedyny, to równie dobrze żaden nie musi być prawdziwy. A może uda wam się stworzyć coś pięknego.
Tars pomyślał, że starsza pani jest szalona. Żadnych skrupułów, wątpliwości…On sam miał ich miliard.
– Najważniejsze, żebyście byli szczęśliwi. – rzekła, po czym uśmiechnęła się do obojga.

Leżeli na polanie w Parku Na Wzgórzu, wtuleni w siebie. Byli szczęśliwi jak nigdy przedtem. Oboje. Anita chyba zasnęła, bowiem od dłuższego czasu miała zamknięte oczy. W Tarsie wątpliwości narastały.
– Kochanie… – zaczął. – Może zostawmy to. Zostanę tu z Tobą.
Otworzyła oczy, spojrzała na niego. Trąciła nosem jego nos.
– Zrobimy jak chcesz. Ale nie zostawiaj mnie już.

***

Tars nie miał pojęcia, jaki, wbrew wszelkim pozorom, miał silny umysł. Nie chodziło broń Boże o nadmierną inteligencję, super pamięć, nie wiadomo jaką wiedzę. Jego mocą była wola. Silna. Nieczęsto z niej korzystał. Ale kiedy już czegoś chciał, osiągał to. Nie zawsze o tym wiedząc.

Chcąc otrząsnąć się po nieudanym związku wpadł na „genialny” pomysł. Postanowił wymyślić sobie dziewczynę, w której się zakocha. Już raz udało mu się, poprzez autosugestię, wmówić sobie, że kocha pewną dziewczynę. Zaprzyjaźnili się, i zakochał się w niej naprawdę, co stało się przyczyną wielu niefortunnych i niemiłych dla obojga zdarzeń. Tym razem, tak twierdził, zakochując się w wymyślonej dziewczynie, istniejącej tylko w jego wyobraźni, nikogo nie będzie w stanie zranić. Jak się okazało, marząc, przeszedł „za lustro”, do równoległego świata. Albo sam go stworzył.
Gdy już się zaangażował w wymyśloną miłość, postanowił i tu zakończyć przygodę. Co przyniosło wiadome skutki.
Po jego zniknięciu w rodzimym świecie, rodzina zaangażowała w poszukiwania służby państwowe, prywatne, naukowców i pseudonaukowych oszołomów.
Ci ostatni jako jedyni osiągnęli jakiekolwiek wyniki.

– Państwa syn znajduje się w Gdańsku, ale jakby za zasłoną elektromagnetyczną. Przyjmijmy za pewnik istnienie duszy, która po śmierci udaje się do nieba, piekła, czyśćca, albo błąka się po ziemi. W praktyce wszystkie one się tu błąkają, tylko w różnych warstwach czasoprzestrzeni. Niebo, piekło, nasza rzeczywistość, i ta, w której znajduje się Tarsycjusz, jak również wiele innych, przenikają się wzajemnie. Naszym zadaniem jest sprowadzić go za wszelką cenę do domu, czy tak? – upewnił się jeden ze zbzikowanych naukowców. Wyglądał stereotypowo, ubrany w dziwny żółty kombinezon, gumowe buty ochronne i gogle spawalnicze na wielkiej szopie białych włosów.
Zmartwieni rodzice pokiwali tylko głowami.
– Chłopaki, wyciągajcie sprzęt! – rzucił w stronę furgonetki. – A od państwa potrzebuję jakiś przedmiot należący do syna.
– Może to? – na podwórku pojawiła się Cecylia, niosąc koszulę Tarsa. Tę z plamą po golonce. – Ta plama pojawiła się chyba po jednym z jego powrotów z…tamtąd.
– Wybornie. – powiedział mózgowiec odbierając ciuch od dziewczyny i niosąc go w stronę miejsca rozkładania sprzętu.

***

Tars w dalszym ciągu leżał w trawie. Anita leżała obok, na jego ramieniu jak na poduszce. Przebierał palcami w jej włosach, drugą ręką głaszcząc dziwne stworzonko, które przypałętało się nie wiadomo skąd i usiadło mu na piersi. Cała ta scena była tak nierealna, że cały czas bał się, że śpi. I zaraz się obudzi.
Pocałował Mrówkę w czoło, złapała go za rękę. Był przeszczęśliwy. Byli przeszczęśliwi.

***

Maszyna wyglądała jak na filmach science-fiction, czy anime z motywem szalonych naukowców. Okrąg z metalowych płyt połączonych prętami, obwieszonych niewiarygodną ilością kabli. Kilka skrzyń. Mnóstwo przycisków. Mała szklana kopuła. Pod kopułą koszula Tarsa, mająca być drogowskazem.
– Odsunąć się! – zakrzyknął przywódca naukowców. Wklepał kombinację klawiszy, na małym ekranie pojawiły się błyski. Pod kopułą pojawiła się pajęczyna błyskawic. Okrąg zaczął się obracać wokół osi symetrii. Zdawało się, że stał się kulą, wewnątrz której szalały cienkie nitki wyładować elektrycznych.
Rodzina Tarsa schowała się w domu, naukowcy patrzyli z uśmiechem na pracujące ustrojstwo. Wewnątrz obracającego się okręgu pojawił się cień leżącego człowieka.
– Mamy go! – krzyknął jeden z nich.

***

Anita odskoczyła. Poczuła coś jak ukłucie igłą w tył głowy i dłoń, którą trzymała Tarsa. Chłopak miał otwarte szeroko usta, wytrzeszczone z bólu oczy, ale nie wydał żadnego dźwięku. Dźwięki wydawały malutkie elektryczne igiełki, które nagle pojawiły się na całym jego ciele. Obrócił się na brzuch. Podparł dłońmi i kolanami. Zaczął migotać i zanikać.
– TARS!!
Spojrzał na nią. spod powiek wąskimi strużkami sączyła się krew. Z wysiłku żyły wystąpiły mu na czoło.
– Ciągnie…mnie…do…domu… – wystękał z trudem.
– Nie zostawiaj mnie! – przez łzy krzyknęła Anita.
Nadludzkim wysiłkiem wstał. Rozstawił i ugiął nogi, by utrzymać równowagę. Uśmiechnął się do Anity, rozsiewając wokół siebie ciemnobłękitną poświatę.
– Kochanie… – wycharczał. – Chyba jednak muszę stąd odejść. Jeśli…chcesz…chodź ze mną…
Kaszlnął krwią.
– Zabiorę cię ze sobą. I cały ten świat.
Bez namysłu podbiegła do niego, wtuliła się w niego. Ładunek dziwnej energii jakby przyspawał ją do niego. Tars objął Anitę, przystawił usta do jej ucha.
– Kocham cię…
I przestał walczyć.

***

Stacje radiowe i telewizyjne nadawały komunikat o potwornej burzy, która objęła niebo nad całą Ziemią. Potężne wyładowania elektryczne cały czas niszczyły sieci energetyczne, elektrownie, budynki, paliły lasy, gotowały oceany. Ludzie ginęli, przygnieceni przez walące się konstrukcje. Niektórzy płonęli. Inni eksplodowali, trafieni piorunami. Rozszalał się Armageddon. I nagle wszystko ucichło. Wszystko wróciło do normy. Jedynie nieliczne grono widziało, że coś się zmieniło. Większość obywateli planety Ziemia narodziła się na nowo, zyskała nowe osobowości, nowe wspomnienia.

Maszyna na podwórku na wsi zajaśniała błękitnym światłem, chwilę potem przybrała kształt i konsystencję świeżego gówna. Już nie świeciła. Była czarna, wręcz zasysała światło. Zasysała też podwórko. I chmury. I pioruny. I nagle nie było już tam maszyny. Nastąpiła implozja, potem eksplozja. Naukowcy wyparowali, z dachu domu wyrosło potężne drzewo. Sąsiednia działka przestała istnieć, zamiast niej w świetle ostatnich błyskawic błyszczało jeziorko.
Chmury zniknęły. Świeciło słońce. Na podwórku, w miejscu, gdzie przed chwilą był metalowy okrąg, stały dwie osoby. Chłopak i dziewczyna. Na ich widok ze zniszczonego domu wybiegli rodzice i siostra. Rzut oka wokoło uświadomił ich, że przyjdzie im żyć w nowym świecie. Obok były góry, z drugiej strony las.

Tars padł na kolana. Anita również klęknęła, chcąc go przytrzymać. Uśmiechnął się gorzko.
– Chyba trochę nabałaganiliśmy, kochanie…
Pocałowała go. Gorąco, namiętnie. Długo.

Nie mylił się. Nabałaganili.

Coś zniszczyli. Coś stworzyli. Ale nie myśleli o tym. W końcu, na zawsze, byli razem.

Share This:

1 Comment

  • Ania Czerwiec 3, 2013 at 11:09 am

    <3

    Reply

Leave a Comment