Z deszczu pod rynnę i z powrotem

Właściwie to z torowiska na autostradę dziurawy asfalt, ale powrót również występuje. Deszczem były Polskie Koleje Państwowe (PKP) pod postacią różnych-różnistych spółek/podspółek/podpodspółek/innych gówien, rynną był, a jakże, PKS (Przedsiębiorstwo Komunikacji Samochodowej – czy jakoś tak. No i… wróciłem, cytująco parafrazując Samwise’a Gamgee’go.
Mój pierwszy samodzielny wyjazd poza rodzinny Grudziądz (aż do Gdańska!) odbył się pekaesem. Kolejna równie daleka podróż, tym razem do Starogardu – pociągiem. Wolałem oczywiście PKS, bo bez przesiadek, można spać i nie martwić się o przegapienie przesiadki… ale z drugiej strony co to za porównanie, skoro miasta są dwa, a grubas jeden.
Porównanie zaczęło mieć sens podczas studiów. Wówczas to przesiadłem się z pociągu na autobus. A dlaczego od początku jeździłem właśnie koleją, jak słynny literacki bohater Pies, Który Jeździł Koleją? Bo tak. Noo, niekoniecznie bo tak, ale samemu było mi źle jeździć, a pociągiem jeździł Piotr. No i tak sobie jeździliśmy. Jednak podróże pociągiem zaczęły mnie wkurwiać. Powodów było kilka, ale wymienię dwa najważniejsze, przy czym ważniejszy z najważniejszych jako drugi:
1) tłok jak ja pierdolę;
2) notoryczne opóźnienia, co wkurwiało zimą na przesiadce w Laskowicach.
Zapytacie, czy w pekaesie nie było tłoku. Był, owszem. Ale jak się przylazło odpowiednio wcześniej i zajęło czołowe miejsce w kolejce, nie było chuja – siedziało się. Poza tym autobus wychodził niewiele drożej, był na czas, grzania nie było często tak samo jak i w pociągu, ale w pekaesie przynajmniej nie było śniegu (!) na podłodze.
Przez lata jeździłem więc sobie autobusem. Czasem było źle dla mojego kolana, bo siedzenia niewygodne, siedzenie z przodu za blisko, a ja dość długie nogi mam, więc cierpiałem. Ale powtarzałem sobie, że i tak lepiej to niż w pociągu.
Ostatnimi laty coś się w PKP zmieniło. Jakby mniej opóźnień. No ale i tak PeKaPe chuja ssie, więc jeździłem dalej kołowo-szosowym. Do zeszłego czwartku.
Jechałem do rodziców. Za Tczewem było jedno z wielu skrzyżowań, przed którym kierowca, zgodnie z zasadami ruchu drogowego, zatrzymał się. Ale już nie ruszył. Coś się spierdoliło.
Kierowca wyszedł, popatrzył, wrócił, próbował zapalić. Nic z tego. Żeby było śmieszniej, za nami zrobił się korek, trzeba więc było popchać autobus za zakręt. Tak, kurwa, popchać. Zostali w to zaangażowani również kierowcy samochodów osobowych stojących za nami. Jednak ze współpasażerek zrobiła nam zdjęcie. JEŚLI TO CZYTASZ, TO WYŚLIJ MI TO W KOŃCU MAILEM!
Pytanie, co dalej. Kierowca gdzieś dzwoni, mówi, że nie wie, czy coś przyjedzie. Do skrzyżowania dojeżdża Latocha. By nie tracić czasu ani okazji, prawie wszyscy ładują się tam i jadą do Gniewu. Z Gniewu do Grudziądza dojazd jeden – kolejny PKS, za cztery godziny. Próbuję złapać stopa do Nowego z pewną przemiłą starszą panią. W końcu po nią przyjeżdża zięć przyjaciółki, a po mnie tata.
Następnego dnia udaje mi się uzyskać całkowity zwrot kasy za bilet. Przynajmniej na to ich stać, bo na nowe autobusy – nie.
W związku z tym, że rozjebał się autobus starego typu, a takich w Grudziądzkim PKSie jest zdecydowana większość, podjąłem decyzję o olaniu tego przewoźnika i przeproszeniu się z pociągami. Pewnie do następnej spierdolonej akcji…

Share This:

No Comments

Leave a Comment