ZAJE… BAR, czyli deszczowa pogoda w Grudziądzu

ZAJE... BAR Tak jak obiecałem, na początek reklama 🙂 ZAJE… BAR, nie budka, nie dziupla, BAR, prowadzony przez piękną, inteligentną i zabawną Anicetę (imię, nie pseudonim ;-)), oferuje przepyszne papu, zaczerpnięte z różnych stron świata, posiadające polską duszę (tudzież jej ułamek, albo po prostu „to coś” ^^). Plac 23 stycznia w Grudziądzu, planty, okolice dziupli z lodami. Znajdziecie 😉

Pojechałę do miasta. Wcześniej pokłóciłem się z mamą odnośnie mojego ubioru. No cóż, nie wymagam od wszystkich, by akceptowali moje dziwactwa (!), ale nie lubię jak mi się coś narzuca. Więc krótkie spodnie, bluza, kurtka i czapka. Czy to jest coś dziwnego? Być może…ale wisi mi to. A jechałę po buty, gdyż moje były już dziurawe. Ciężki chód, ciężkie kroki, dużo chodzenia, skutek – przetarte na wylot podeszwy. Kupiłę nowe, w tym samym miejscu co poprzednie. Utargowałem 2zł (ha ha). Przemiłe uczucie, gdy leje jak z cebra, wokół same kałuże, a ja mam sucho w bucie.
Nie wiedziałem co ze sobą zrobić do przyjazdu ojca, więc, zgodnie z obietnicą, poszedłem do ZAJE… BARU. Poprzednio odbiłem się od drzwi, ale tym razem szczęście mi sprzyjało. Zamówiłem sznurowadła Azjaty, czyli Chińczyka z polską duszą. Przy tym rozmawiałem z Panią, która po dłuższej chwili przypomniała sobie mnie sprzed kilku miesięcy, a po następnej krótkiej chwili stwierdziła, że lepiej przejść na „ty”. Więc: Aniceta – Marek. Rozmawialiśmy o filozofii, przeznaczeniu, przypadkach, matematyce, miłości, nauce, marzeniach, dążeniu do spełniania marzeń, spełnianiu ich wreszcie. Później przyszedł chrześniak Anicety, Kajetan, ze swoją lubą, Moniką. Jak się okazało, Grudziądz mały jest. Z Moniką znałem się od przedszkola, a Kajetana kojarzyłem z widzenia (chyba już od gimnazjum :D). Później zadzwonił tata, i poszedłem sobie.

Pozdrowienia dla Anicety, z którą następnym razem podyskutuję dłużej, OBIECUJĘ 😀

Share This:

3 komentarze

Leave a Comment