Żegnajcie nam dziś, hiszpańskie dziewczyny…

…ach, jak ja nie cierpię tej piosenki. Ale pojawiła się ona w kolejnym zaliczonym filmie, więc choćby ze względu na niechęć wypadałoby o niej wspomnieć. A film ten to:
Pan i Władca Pan i hehehuehe Władca na krańcu wszechświata.

I tu w zasadzie można by było skończyć – obejrzałem, fajnie było, tylko trochę przydługo. Noo… ale oprócz tego, że przydługo i fajnie, to jeszcze coś.

Pierwsze co, to nie wiem, dlaczego dopiero dziś obejrzałem. Tak wyszło. I przez te wszystkie lata inaczej sobie wyobrażałem, o co tam chodzi. No a chodzi o banał. Napoleon rządzi, francuski pierdolot pływa po oceanie, a Anglicy pod wodzą mężnego Russella Crowe’a muszą ten pierdolot zatopić albo zdobyć. Oczywiście nie jest łatwo…

Postać grana przez Crowe’a jest kapitanem sprawiedliwym i obowiązkowym. Obowiązek i rozkazy ponad wszystko. Chociaż w chwili ciężkiej próby, na jaką została skazana jego przyjaźń, obowiązki potrafi przesunąć na dalszy plan. Będąc doskonałym kapitanem, pozostaje człowiekiem. I potrafi myśleć! Najgenialniejszy pomysł w trakcie całej akcji podsunęła mu zupełnie nieciekawa jego zdaniem gałąź nauki!

Stateczki fajnie były zrobione, smoki z Galapagos i żółwie wyglądały jak żywe. Stroje pewnie z epoki. I śmiesznie kapitan francuski w chuja zrobił angielskiego. He he.

Ponad wszystkie wrażenia z tego filmu, sama obecność morza dotknęła mnie najbardziej. Już zapomniałem, jak bardzo za nim tęsknię. Siedem lat już prawie bez pływania… Kiedy bałwany przewalały się przez pokład HMS Suprise, przed oczami miałem latający w górę i w dół pokład okrętu STS Pogoria, a w ślad za pokładem latał mój żołądek… Wschody i zachody słońca na pełnym morzu. Ot, wspomnienia. Może się jeszcze kiedyś zaokrętuję. Może morze mi pomoże…

Share This:

No Comments

Leave a Comment