Złe towarzystwo

Dzień jak co dzień – było pochmurno. Chmurzyska kłębiły się niczym splątana przez wyjątkowo wrednego kota wełna. Niebo było chmurne jak mąż, który po niezbyt długim czasie spokoju musi znów gościć ukochaną mamusię swojej wybranki serca. Pogoda była po prostu – zła. Nie było to co prawda nic dziwnego, taki był klimat.

Bartofieja nie martwiła pogoda. Było nawet lepiej, niż się spodziewał, a spodziewał się gradu, albo co najmniej ulewnego deszczu. Tymczasem na niebie pojawiły się tylko ciemne chmury, które ani myślały spuszczać na głowy przechodniów wody w jakiejkolwiek postaci. O to, by niebo nie zawaliło mu się na głowę, Bartofiej był spokojny. Przeczucie jednak mówiło mu, że tego dnia wydarzy się coś złego. A przeczucie Bartofieja nie myliło się nigdy.

Po raz pierwszy miał to swoje przeczucie w gówniarskich czasach, gdy z odpowiedzialnością miał do czynienia tyle, co z pracą. Dni mijały mu na wybijaniu szyb w okolicznych domach i ucieczkach przed rozwścieczonymi dozorcami, na kradzieżach cukierków ze sklepów i rzucaniu w przechodniów zdechłymi kotami. Słowem, na tym wszystkim, czego nie dały radę przez całą wieczność zrobić wszystkie inne urwisy świata. Był bardzo złym dzieckiem.

I pewnego ranka zaczął mieć przeczucie, że akurat tego dnia złamie nogę. Przeczucie nie opuszczało go przez cały poranek, nie dał rady stłumić go w szkole, do której akurat wyjątkowo poszedł. Nasiliło się podczas powrotu do domu, gdy zbierał do worka psie kupy, w celu późniejszego rozsmarowania ich na witrynach sklepowych. Nie mógł się go pozbyć, irytowało go i doprowadzało do szału.

Tego dnia mróz ścisnął miasteczko, w którym mały Bartuś spędzał swoje dzieciństwo. Wszystkie kałuże, błotne bajorka i małe ścieki zamieniły się w lodowiska. Jak nietrudno się domyślić, właśnie na jednej z takich ślizgawek parszywy gówniarz złamał nogę. Złamał strasznie pechowo, uciekał bowiem akurat przed właścicielem sklepu winiarskiego, na którego wielkim oknie wystawowym młodociany artysta wymalował zamarzniętymi psimi odchodami dość wierną podobniznę męskiego przyrodzenia. Ze szczegółami.

Winiarz, który był w sile nie tylko wieku, ale i mięśni, nie bawił się w zakładanie kurtki. Tak jak stał, w gumofilcach, flaneli i ogrodniczkach, wystrzelił przez drzwi i cudem tylko nie złapał Bartofiejka za kark. Dzieciak wywinął mu się i jak strzała pomknął w dół ulicy, by schronić się w mrocznych zaułkach zamieszkanych przez bezdomnych i szeroko pojęty lokalny folklor.

– Łapać skurwego syna! – wrzeszczał za nim winiarz Bazyli. – Gnój znów pomazał mi gównem szybę!

Bazyli nie był jedynym, któremu mały wandal zalazł za skórę. Od razu znaleźli się inni chętni do wymierzania sprawiedliwości, i chłopcu zaczęło brakować dróg ucieczki. Postanowił zaryzykować ostry zakręt między dwiema kamienicami, który prowadził przez zaułek śmietników aż do placyku z wątpliwej jakości knajpami.

Plan był dobry, ale wykonanie, jako się rzekło, niezbyt. Zakręt był ostry, a błoto, mimo że niezbyt gładkie, śliskie jak diabli. Bartofiej wyłożył się jak długi, lewa noga uciekła mu do przodu, a prawa gdzieś w bok. Prawa stopa natomiast postanowiła zrobić fikołka razem z częścią kości piszczelowej i strzałkowej. Do ziemi doleciał wyjąc już jak opętany. Nie poleżał na niej długo. Został dotkliwie skopany i pobity. Ktoś chwycił go za kurtkę i rzucił o ścianę domu. Tego, że winiarz Bazyli wsadził mu do ust reszki jego niedawnego materiału rysowniczego, Bartuś już nie zarejestrował. Był nieprzytomny.

Kilka lat zajęło mu zaprzyjaźnienie się z przedziwnym przeczuciem. To było jak osobny organizm, jak bardziej rozwinięta podświadomość, która od rana do nocy czyta książkę pod tytułem „Przeznaczenie”. Dzięki pożytecznemu pasożytowi Bartofiej uniknął wielu wypadków, kilka razy nie dostał po mordzie, mimo że bardzo mu się należało. A raz nawet udało mu się dzięki przeczuciu poderwać dziewczynę. I ożenić z nią.

I to była chyba jedyna pomyłka podświadomości Bartofieja.

Bartofiej czuł, że potwornie brzydka pogoda to najmniejsze z jego zmartwień. Czuł, że stanie się coś złego. Tylko… nie wiedział co. Możliwości były dwie. Albo jego dodatkowy zmysł zaczął się starzeć i stawał się bezużyteczny, albo…

– …nic się już nie da zrobić – szepnął sam do siebie.

Współpasażerowie spojrzeli na niego, po sobie i wrócili do beznamiętnego obserwowania zaokiennego krajobrazu. Autobus podskakiwał na wybojach, rozpryskując wodę zgromadzoną w kałużach, obryzgując przechodniów, powoli zbliżał się do przystanku pod domem Bartofieja.

Jeszcze tylko przejść przez podwórko, otworzyć drzwi od klatki schodowej, wspiąć się na drugie piętro, klnąc na zepsutą windę, przekręcić klucz w drzwiach od mieszkania i… potknąć się o walizy.

– Moje walizy… Tamara, co one tu… – chciał zadać pytanie. Ale nie zdążył.

– Wyprowadzasz się. Teraz, już. Spakowałam cię, nie musisz dziękować.

Popatrzył na swoją małżonkę nierozumiejacym wzrokiem. Zmienił pozycję z leżącej na siedzącą. Nic nie rozumiał. Przecież jeszcze wczoraj mówiła, że…

– Nie kocham cię – powiedziała, jakby odgadując jego myśli. – Przez ostatnie kilka miesięcy… a właściwie, po co mam ci to tłumaczyć. Bierz walizy i żegnamy się. Resztę rzeczy przywiezie ci Lenon.

Bart lekko się wściekł.

– Lenon? Wymieniłaś mnie na tę żałosną imitację człowieka? Tego tępego osiłka? Tego…

– Nie unoś się. – Przerwała mu Tamara. – I nie, nie wymieniłam cię. On mi tylko pomaga wyprowadzić cię stąd. Tylko trochę się spóźnia…

– Tak jak twój, kurwa, okres – burknął porzucony małżonek.

– Nie bądź…

– Dobra, zamknij już japę, wychodzę – rzucił gniewnie chwytając obie walizy, dziwnie lekkie, po czym wyszedłszy trzasnął drzwiami. A to kurwa jedna… A ja ją tak kochałem, myślał wściekły. Myślał i myślał, i wymyślić nie mógł, dlaczego go to spotkało. Dlaczego tego nie przewidział?

Stanął na chodniku i zamyślił się. Nie miał dokąd pójść. Nie miał bliskiej rodziny, rodzice umarli lata temu. Nie miał przyjaciół, wszyscy pamiętali jakim był ziółkiem w dzieciństwie, i nikt tak naprawdę nie wierzył, że Bartofiej mógł się zmienić. Nowych znajomości zaś nie zawierał. W pracy wszyscy go irytowali, a z pracy wracał prosto do domu. Do jedynej osoby, którą darzył jakimkolwiek uczuciem.

I która przed chwilą wywaliła go z domu na zbity pysk.

Bartofiej postanowił się schlać. W tym celu ruszył do jedynego hotelu w mieście. Podobno miał dawniej cztery gwiazdki, ale dwie z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn odpadły. Zostały więc dwie, co, według niektórych, ciągle było przesadą. W tym właśnie hotelu, nazwanym wiele lat temu „Iglicą”, zameldował się Bartofiej.

Rzuciwszy walizy na łóżko, ruszył pod prysznic.

Stojąc pod spływającymi po nim strumieniami gorącej wody, płakał. Płakał, a kabina prysznicowa płakała razem z nim, takie przynajmniej odnosił wrażenie. Woda lała się na podłogę kabiny, parowała na całą łazienkę, po czym, skroplona, ciekła po wszystkich ścianach. Bartofiej wył.

Wył z żalu. Wył z tęsknoty, za kobietą jego życia, za względnym ciepłem domowego ogniska. Za bliskością, nawet jeżeli często chłodną i wymuszoną. Wył z samotności. I z wściekłości. To właśnie wściekłość powoli zdobywała przewagę nad innymi uczuciami. Musiał jakoś odreagować. Oprócz schlania się do nieprzytomności miał również ochotę spuścić komuś srogi wpierdol, bez względu na konsekwencje.

Z hotelowego pokoju wyszedł suchy, czysty, ubrany byle jak i bardzo zły. Modlił się w duchu do jakiegoś bliżej nieokreślonego bóstwa, by nikt nie zaczepił go w hotelu. Wówczas mógłby doświadczyć natychmiastowego wymeldowania, a opcji zamieszkania nie miał póki co żadnych.

Chłodne powietrze trochę ostudziło Bartofieja. Zbliżał się wieczór, słońce zapewne chyliło się już ku zachodowi, choć nie można było tego stwierdzić z całą pewnością, gdyż niebo zasnute było grubym całunem ciemnych chmur. Nagle zawiał ostry, przenikliwy wiatr, unosząc swoim podmuchem nadgniłe liście. Aura robiła się bardzo ponura.

Zdradzony małżonek skierował swe kroki ku najgorszej, najbrudniejszej, najtańszej i najniechlujniejszej melinie, jaką znał. W tej chwili nie chciał już nikogo bić. Pragnął jedynie zaszyć się w kącie, gdzie nikt nie będzie zwracał na niego uwagi, pić piwo za piwem, drinka za drinkiem, kieliszek wódki na przemian ze szklanką whisky, przepić ostatnie monety z portfela, oczyścić kartę kredytową, stracić przytomność, a następnego dnia obudzić się gdzieś na trawniku, goły, bez pieniędzy ani butów, ale i bez żalu. Zacząć swoje życie od nowa, od zera totalnego. Życie włóczęgi, może robotnika pracującego za obiad i kąt do spania. Albo życie najemnika, rzuconego na drugi koniec świata z karabinem w ręce i granatem w drugiej. Albo…

Przejeżdżający z wyraźnie nadmierną prędkością samochód wywołał falę, która zmoczyła zamyślonego Bartofieja od czubka bujnej czupryny po czubki butów, których nie czyścił od… dość dawna. Więc jednak spadł deszcz, pomyślał. Tak mocno utonął w swych myślach, że nie zauważył pogorszenia pogody. Nie miał nawet pewności, czy nie zmókł zanim został ochlapany. Nie przejął się tym jednak zbyt mocno. Bar „Sztaluga” był tuż za rogiem.

Bartofiej spodziewał się najgorszego, ale to, co ujrzał, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Do smrodu, który był okrutny, niemal namacalny, przyzwyczajał się przez dłuższą chwilę. Połowa lamp podwieszonych nad głowami gości nie działała, a te, które nie były w stanie spoczynku, dawały światło mętne, jakby z wnętrza butelki z gęstą zupą. Nowo przybyły uznał, że to kurz i zdechłe muchy oblepiły szklane klosze. Na którymś Bartofiej dojrzał niedokładnie wytarty ślad po wysokich lotów rzygu.

Zarówno tłusty, spocony barman o gęstych bokobrodach i odbijającej refleksy łysinie, jak i nie pierwszej świeżości kelnerki w poplamionych fartuchach, mieli obojętność wypisaną na zmęczonych twarzach. Prawdopodobnie każde z nich trafiło tu w wyniku znalezienia się na życiowym zakręcie. Chcieli tylko przetrwać kolejny dzień, kolejny wieczór, kolejny kawałek nocy, wygonić maruderów, kolejny raz olać sprzątanie i udać się na krótki spoczynek w wynajętym pokoju, by następnego dnia znów stanąć na stanowisku.

Mimo wszechobecnego syfu w „Sztaludze” było zawsze pełno ludzi. Społeczny margines, biedacy, niewierni mężowie, których nikt nie będzie szukał w takim miejscu, z dziwkami, które za niewielkie pieniądze były gotowe na naprawdę wiele. Klejące stoły, wszędobylskie muchy i niemyte od czasu, którego lepiej było się nie domyślać, kufle nie odstraszały klientów. W „Sztaludze” można było się najeść, napić i zaspokoić swoje żądze, nie wydając przy tym majątku. A dla niespełnionych artystów były tu dodatkowe atrakcje. Na scenie, która pełniła rolę parkietu, łóżka i stołu, stały porzucone przed laty przez grajków instrumenty muzyczne, przy barze było zawsze pod dostatkiem kajetów i ołówków, pod najmniej brudną lampą stała profesjonalna, słusznych rozmiarów sztaluga, której knajpa zawdzięczałą swą nazwę, zaś na zapleczu leżał spory zapas płócien, farb i pędzli. Każdy, kto chciał realizować się artystycznie, a nie mógł, lub nie chciał robić tego w domu, za odpowiednią opłatą miał dostęp do narzędzi i ewentualnej publiczności w najpodlejszym barze w mieście.

Bartofiej nie miał artystycznego zacięcia, poza tym przybył tu w konkretnym celu. Zamówił od razu pięć kieliszków najtańszej wódki. Gdy barman nalewał ją z butelki z budzącą podejrzenia fioletową etykietą, Bartofiej wiedział, że będzie mu się śniła po nocach. Wypił duszkiem wszystkie pięć kieliszków, jeden po drugim, zamówił kolejne pięć. Chciał szybko osiągnąć obojętność wobec brudu, który na pewno znajdzie we wnętrzu kufla piwa lub szklanki jakiegoś droższego trunku. Po osuszeniu drugiej, długiej kolejki, postanowił nieco odczekać przed kontynuacją. Siląc się na uprzejmość, która została zbyta przez kelnerkę wydęciem warg, zamówił trzy śledzie z cebulką i trochę chleba. Był gotów założyć się o flaszkę, że będzie bardzo czerstwy.

Uwagę jego zwrócił domorosły, jak się zdawało, artysta malarz, który usilnie pracował nad czymś, co w swej ostatecznej formie miało być pejzażem, a co nie chciało na razie wyglądać inaczej, niż jakaś chora abstrakcja. A jednak w tej formie obraz spodobał się Bartofiejowi. Wśród oparów taniego i chyba niezbyt bezpiecznego dla zdrowia alkoholu, rzępolenia muzycznych beztalenci, pochrząkiwań grubego barmana, odgłosów seksu i womitów, abstrakcyjny pretendent do bycia pejzażem jawił się jako brama do lepszego świata. Wypita wódka zaczęła poruszać koślawymi liniami, barwy poczęły zmieniać się w dźwięki… dźwięki… głosy… głos… ktoś mówi…

– …ochotę?

To chyba było pytanie do niego, ale pijany Bartofiej nie słyszał początku zdania. Chciał poprosić o powtórzenie, ale język mu skołowaciał… nie, nie mógł nim ruszać, bo ktoś wsadził mu do ust swój własny. Wtem uświadomił sobie, że siedzi na nim okrakiem młoda kobieta, i teraz patrzy mu głęboko w oczy swoim hipnotyzującym, zielonym kocim wzrokiem. Miała krótkie, czarne włosy, ubrana była w skórę… a może lateks? W tym przybytku kurestwa można się spodziewać wszystkiego…

– Podoba ci się ten obrazek? – spytała, pokazując na abstrakcję.

– T-dztak – wybełkotał Bartofiej.

Był pijany. Nie pamiętał, ile wypił, być może tylko te dziesięć kieliszków tak na niego podziałało. No i ten niespodziewany pocałunek… Powędrował dłońmi po jej udach, chwycił za tyłek. Nieznajoma uśmiechnęła się, po czym usiadła obok.

– Chcesz iść do mnie? – wyszeptała mu prosto do ucha, muskając wargami małżowinę.

Pijany Bart poczuł nagły przypływ czułości. Chciał ją mieć tu i teraz, chciał ją rżnąć i tulić, zaopiekować się nią, a potem pojąć za żonę i mieć z nią dzieci. Czuł pożądanie i miłość. Kochał ją… Nie! To ta wódka, coś jest z nią nie tak, brzmiała jego ostatnia, w miarę trzeźwa myśl.

I wtedy nastąpiła katastrofa.

– Nie jesteś w moim typie. – Usłyszał, po czym potężny cios zwalił go z kanapy, na której siedział.

– A-ale… dlaszszego…? – próbował uzyskać wyjaśnienie tak nagłego zwrotu akcji. Nieznajoma stała nad nim, a uśmiech, teraz już ironiczny, powoli zmieniał się w grymas nienawiści.

– Ko-kochanie…

W tle, za kobietą w czerni, stał domorosły artysta malarz, usilnie pracując nad przemianą abstrakcji w pejzaż. Bartofiej spojrzał tęsknie na obraz. Na jedyny jasny element dzisiejszego dnia.

Kobieta podeszła do malującego młodzieńca i kopniakiem pozbawiła go równowagi. Odwróciła się w stronę przerażonego Bartofieja, po czym chwyciła za płótno, wyrwała je ze sztalugi i przebiła o kant stołu. Bartofiej zatrząsł się z wściekłości. Nieznajoma uśmiechnęła się ze współczuciem, które zakrawało na szczere, i wyciągnęła zza paska spodni dziwne małe urządzenie z wieloma diodami. Przytknęła je leżącemu do karku.

– Nie martw się, nie jesteś tutaj jedynym nieudacznikiem – wyszeptała mu tuż nad uchem. – „Sztaluga” jest idealnym miejscem dla takich życiowych przegrywów, mogą tu znaleźć odskocznię od swojej nędznej egzystencji, miłość, choćby na jedną noc. Ale to tylko złudzenie… zaraz, zaraz… ty…

Bartofiej powoli podnosił się z podłogi. Zły nastrój wrócił. Chęć obicia komuś mordy wróciła. Teraz już nawet wiedział, komu ją obije.

– Nie jesteś… nawet… smutny… – wyjąkała czarnowłosa.

– Nie – wycedził przez zaciśnięte zęby Bartofiej. – Jestem wściekły.

Kobieta rzuciła się do ucieczki. Pijany Bart chciał ją gonić, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Wywalił się jak długi o krzesło rzucone przez uciekającą czarnowłosą. Poleżał chwilę, zanim dwóch ochroniarzy chwyciło go za ubranie i przetransportowało do drzwi wejściowych. Skąd tu ochroniarze, w takiej melinie…? Nie poczuł uderzenia o twardy chodnik, wszystko wokół pływało.

Bartofiej miał w tej chwili jedno marzenie. Wytrzeźwieć. Natychmiast wytrzeźwieć, wstać, i ruszyć w pościg za napastniczką. Złamać jej nogę, albo przynajmniej nos. Dokończyć to, na co miał ochotę w barze, z udziałem jej woli, lub bez. A na koniec zapytać, o co jej dokładnie chodziło, co to za urządzenie, i dlaczego liczyła na to, że będzie smutny. Tylko jak ją znaleźć…?

Z tyłu głowy poczuł jakby pukanie. Jak gdyby ktoś próbował dostać się do jego mózgu. Oho, pomyślał, oto i mój mały pomocnik. Wreszcie się, kurwa, obudził. Usiadł. Wstał. Oparł się o znak drogowy.

– Kurwa, ale dziś wieje – mruknął do mijającej go starej babci, gdy zataczając się szedł chodnikiem w górę ulicy. Wiedział dokąd iść.

Trzeźwiał, początkowo dość powoli, ale im szybciej truchtał, tym szybciej alkohol wietrzał mu z głowy. W końcu poczuł się na tyle dobrze, by przejść do sprintu. Nie mógł pozwolić, by tajemnicza czarnowłosa istota mu się wymknęła.

Za kolejnym zakrętem w końcu ją zobaczył. Biegła. Ale chyba nie uciekała, nie oglądała się przecież przez ramię… Tym lepiej. Dostosował prędkość biegu i dopadł ją w miejscu, gdzie przerwa między blokami prowadziła na placyk z knajpami, które lata temu zostały zamknięte. Tam gdzie, w dzieciństwie paskudnie złamał nogę, gdzie z dręczyciela sam stał się ofiarą. Gdzie jego podświadomość pierwszy raz udowodniła mu, że warto jej słuchać. Teraz z ofiary znów stanie się katem. Dzięki pasażerowi z tyłu głowy.

Chwycił mocno czarne włosy i pociągnął za sobą w zaułek, nie zważając na głośne protesty i przekleństwa. Gdy znalazł się poza zasięgiem wzroku przechodniów, rzucił niedoszłą kochanką o ziemię. Ta, upadając ciężko w kałużę, jęknęła głucho.

– Dobra, dziwko – rzucił ostro. – Miałem zamiar spuścić ci wpierdol a później wyruchać, ale jak wytrzeźwiałem, to mi się odechciało. Więc przechodzimy od razu do ostatniego punktu naszego spotkania. Co to miało, kurwa, być, tam w barze? Co to za gówno przyłożyłaś mi do szyi? I dlaczego miałaś nadzieję, że będę smutny? Hę?

Kobieta nie odpowiadała, siedząc w błocie cofała się przed rozwścieczonym Bartofiejem. W końcu dotarła do ściany. Nie miała już dokąd uciekać. A Bartofiej był zły, bardzo zły. I całkowicie trzeźwy.

– Mówię do ciebie, nagle ogłuchłaś?

– Miał…łam… – Jej jąkanie przerwał ostry pisk. Z przerażeniem wyciągnęła zza paska tajemnicze urządzenie, którego diody migały jak opętane. Dźwięk stawał się coraz głośniejszy.

– Szybko, musisz mi pomóc! – krzyknęła.

– Chyba cię popierdoliło do reszty – warknął Bartofiej.

– Wszystko ci wyjaśnię, ale błagam, musisz mi teraz pomóc, bo inaczej… ja… zginę… – Rozpłakała się nagle.

Bartofiej trochę zmiękł, ale dalej był nieufny. Pisk urządzenia stawał się nie do wytrzymania, musiał się mocno starać, by je przekrzyczeć.

– Co mam niby zrobić?!

– A co tu się do kurwy jasnej nędzy odpierdala?! – Bartofiej odwrócił się i ujrzał wchodzącego na podwórze starego dziada w obszarpanej kapocie. – Co to za hałasy, że spokojnie w kartonie spać nie można?!

Zdziwiony Bart nie zdążył się nawet zastanowić co odpowiedzieć, gdy czarnowłosa poderwała się z ziemi, podbiegła do dziadka, z rozpędu kopnęła go w kolano, a rozcapierzoną dłonią uderzyła w okolice oczu. Staruszek padł na ziemię i zaczął potępieńczo wyć. Napastniczka wykręciła mu rękę do tyłu, przycisnęła do pomarszczonego czoła piszczące potępieńczo pudełko, szarpnęła ręką dziadka. Przez ryk napadniętego człowieka i wizg dziwnego urządzenia przebił się trzask łamanej kości. Bartofiej skrzywił się. Dziadek, choć wydawało się to niemożliwe, zaryczał jeszcze rozpaczliwiej. Wtem urządzenie przestało wydawać jakiekolwiek dźwięki. Dziadek też. Prawdopodobnie stracił przytomność. Choć mógł też umrzeć ze strachu i bólu.

– Nie martw się, żyje. – Uspokoiła Bartofieja czarnowłosa. – Nie zarzyna się dojnej krowy.

– Że co kurwa? – Nie mógł uwierzyć własnym uszom Bartofiej.

– Obiecałam ci, że wszystko ci wyjaśnię. Ale najpierw ty musisz odpowiedzieć mi na jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie.

– Ehe… – Bart miał bardzo nietęgą minę.

– Chcesz wejść w złe towarzystwo?

Share This:

No Comments

Leave a Comment