Zmiany na blogu

 

Tak sobie pomyślałem, że trochę żałosne jest pisanie na blogu o blogu. Robiłem to już nie raz, nie dwa, ale dopiero teraz taka myśl przyszła… Jednak z drugiej strony, to mój blog (mimo, że formalnie nie należy do mnie, stoi bowiem na serwerze WordPressa i nie dałem za niego złamanego grosza), mogę sobie na nim pisać co mi się tylko podoba. Zarabiać jak Kominek (obecnie Jason Hunt) raczej na nim nie będę, nie mam ambicji bycia blogerem opiniotwórczym, nie chce mi się testować, występować, wyjeżdżać. Aczkolwiek żadną dodatkową kasą nie pogardzę. Gdyby ktoś chciał zrobić mi niezobowiązujący przelew, proszę o kontakt.

Może ktoś zauważył, że zniknęły zakładki z linkami i wielką wyprzą. Może kiedyś wrócą, ale póki co były nieprzydatne, i w zasadzie są zdeaktualizowane. Ktoś mógł również zauważyć, że zmieniłem swoją ksywkę. Już nie całkowicie bezosobowy takisobiekoles, a trochę mniej bezosobowy i nawet trochę mało bezpłciowy Juliusz Maretzky. Dlaczego? A bo… bo czytam książkę Kominka pt. Bloger.
bloger Trzeba Tomkowi przyznać, że styl pisania ma bardzo przyjemny. Nie dziwię się, że zdobył sobie taką popularność. Co do książki, to mimo że została wydana ładne parę lat temu, wciąż może być aktualna, a ja przeczytam ją do końca, chociaż nie zamierzam brać się do zarabiania. Bo po pierwsze, wezmę sobie inne rady do serca (odnośnie samego bloga i blogowania), a po drugie – książka jest świetnie napisana. Lubię czytać, czytam więc to, co jest dobrze napisane. Tak samo jak lubię jeść, jem więc dobre rzeczy.

Zmieniłem więc układ zakładek (wypierdalając dwie) w menu głównym, zmieniłem swoją nazwę (tak jakbym był produktem, lol) na blogu, ale i na twitterze (tam z Mareckiego z Wiosecki vel. @ten_i_oof, stałem się Juliuszem Maretzkym), i następna książka, o ile, a mam nadzieję, że tak, zostanie wydana, wyjdzie spod szyldu Juliusza Maretzky’ego. Bo Juliusz Maretzky to już nie Juliusz Marek, który nazwisko ma z imienia, bo Maretzky to już nie imię, a nazwisko jak Rafalski, Marcinkiewicz czy Łukaszenko. Bo moim zdaniem lepsze. Możecie swoje też wyrazić na ten temat, ale raczej nie będzie miało wpływu na obecny stan rzeczy.

Zmiany na blogu pójdą dalej. Zamierzam na dniach (najprawdopodobniej jutro – po powrocie do Gdańska, gdy już będę miał dostęp do myszy… zapomniałem zabrać do rodziców gwizdka USB pod mysz i używam taczpada, czego nie cierpię) zmienić wygląd bloga. Szablon. Layout. Nazwijcie to jak chcecie. Raz, bo po czterech latach czas na zmiany. Dwa, bo Kominek napisał coś o wyglądzie bloga. Nie żebym nie miał własnego rozumu czy coś, ale to jak z Tarotem, którego mi i Lubej stawiała dziś Ami. Niby wszystko jest w porządku i poukładane w głowie, ale jak dostajemy spojrzenie z zewnątrz, to w sumie warto się nad tym wszystkim zastanowić. No więc zastanawiam się. I przypomniałem sobie prośbę mojego kumpla Wciska, na samym niemalże początku istnienia mojego bloga. Prośbę o zmianę wyglądu, bo jemu się trudno czyta białe litery na czarnym tle. Boli go głowa, i w ogóle nieprzyjemne to jest. Powiedziałem, że wyglądu nie zmienię, bo ten mi się podoba, i że w sumie jeśli zależy mu na czytaniu moich wypocin, to te kilka minut dziennie mógłby się poświęcić. Było to nieco aroganckie z mojej strony. I w sumie straciłem potencjalnego czytelnika. Bo z jednej strony ja tego bloga piszę dla siebie, ale z drugiej miło jest, jak ktoś to czyta, zalajkuje, czasem skomentuje.

I Kominek też pisał o białych literach na czarnym tle.

Będą więc zmiany, daleko idące, niektóre niewielkie. Co do jakości tekstów, to nie zamierzam zmieniać się na siłę, ale porównując ostatnie wpisy z postem numer 1 progres jest, wydaje mi się, dość widoczny.

Oba obrazki zostały bezczelnie podpieprzone z internetu i nie są moją własnością.

Share This:

No Comments

Leave a Comment