Ej Sylwester. Hym

Ano, wróciłem.

Sylwester od rana obfitował we wrażenia (i porażenia muzgó). 10 godzin jazdy pociągiem z Ami i Mari poskutkowały zniszczeniem niektórych zwojów w mojej łepetynie (ej, coś mi się stało w głowę). Było uroczo, zabawnie, ale i trochę…niezręcznie do pewnego momentu.
W Krakowie musieliśmy zaczekać nieco na Brodatego. Zgodnie z tym co mówił mi wcześniej, miał nas zawieźć do jakiegoś pensjonatu, gdzie mieliśmy zostawić rzeczy, ogarnąć się i jechać taksówkami do Pałacu. Co prawda zawiózł nas, ale nie do pensjonatu, tylko…do pięciogwiazdkowego hotelu Crown Piast. Jako burak byłem nieco (ej, dalej jestę) zdezorientowany, zwłaszcza, jak facet został wezwany tylko po to, żeby potrzymał mi garnitur, bym mógł wypełnić kartę meldunkową. Taki byłem zszokowany, że zapomniałem zupełnie o instytucji napiwków…siara. No ale tak to jest jak wpuszcza się chłopstwo na salony.
Sam pałac był oświetlony w kształtach kart (w końcu konwencja Alicji z Krainie czarów), artyści poprzebierani za postaci z tej psychodelicznej historii przemieszczali się po schodach i korytarzach…nigdy tego nie zapomnę (och, jak to brzmi…ej, wygląda).

21.15-22.00 Sala Balowa – Piosenki Kabaretu Piwnicy pod Baranami. Och, ach i w ogóle. Cud miód. Chwile wzruszenia, śmiechu i pozytywnych dreszczy. Zaraz po tym trzeba było (ej, nie trzeba, ale my CHCIELIŚMY i tak. Hym.) zejść do właściwej Piwnicy, gdzie swój występ zaprezentował Kabaret nad Kabaretami, czyli Kabaret Piwnicy pod Baranami. Czekałem na to 5,5 roku. Myślałem, że będzie na podobnym poziomie. Myślałem, że rozbawi mnie tak samo, a nigdy wcześniej ani później nie śmiałem się tak jak wtedy, w czerwcu 2007. Źle myślałem. Ten występ rozwalił system. Podniósł poprzeczkę. Łzy radości, ubawu, wzruszenia, smutku nawet, sprawiły, że najbardziej w życiu dziękowałem Bogu, że nie muszę się malować.

Nie będę się rozpisywał na temat żarcia w Pałacu i nielimitowanego wina, bo było po prostu uber. Tak. Bardzo. Hym. Napiszę, że kubki smakowe uwiódł przysmak, którego nazwy nie pomnę, a był to kapelusz grzybka, wydrążony, napełniony smażonymi pieczarkami okraszonymi sosem (według Mari malinowym [!?]), z wsadzonymi dwiema pałeczkami, kruchymi i oblanymi jakimś sosem (o którym Mari chyba nic nie wspomniała).

Śniadanie noworoczne wydawane wyjątkowo do godziny 12.00 przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Spodziewałem się…no, nie tego.
Szwedzki stół, cytując Piotra „w kurwę rodzajów żarcia”, rozbił moją wyobraźnię w drobny mak. Od nowego roku mój ulubiony zestaw śniadaniowy to smażone pieczarki, jaja z majonezem, smażona cebulka i smażone paróweczki, z plasterkami pomarańczy i czerwonego grejpfruta, popijane sokiem jabłkowym i pomarańczowym, względnie grejpfrutowym, rozcieńczonym wodą z cytryną. Uff…

I ej, recital Aloszy Awdiejewa na długo pozostanie w pamięci. Facet jest NIESAMOWITY! Posłuchajcie jego piosenki i dowcipy. Naprawdę…HYM.

Noworoczny dzień zszedł na siedzeniu w pokoju, żarciu chipsów, papu z KFC i zapijaniu tego wszystkiego dużą ilością szampanów (ej, win musujących) różnego sortu. Nie obyło się bez drobnych zgrzytów, no ale to jest życie, na szczęście wszystko skończyło się w miarę ok (w łóżku z…, opowiadaniem creepypasty w środku nocy i ostatecznie odprowadzeniem Ami do Brodatego. Mój powrót przez puste korytarze hotelu do własnego pokoju był dość…szybki).

Hotel opuściliśmy 2.01 ok godziny 11. Po śniadaniu (znów ulubiony zestaw mmmmm…). Oczywiście dzięki Krzysztofowi H. nie zdążyliśmy z Mari na pociąg. Ale jak się okazało, i tak byśmy nie wsiedli. Na kolejne ej też nie było już miejsc. Powrót do Grudziądza więc odpadł. Ruszyliśmy więc do Gdańska uprzednio rezerwując sobie miejsca stojące (!) w pociągu. Pozdrowienia z wagonu bydlęcego… Na szczęście w końcu udało się nam usiąść (po Warszawie, gdzie wysypała się większość pasażerów), kilka razy trzeba się było przesiadać, bo niestety zajmowaliśmy czyjeś miejscówki.

„Ej Ty patrzysz, a ja mam złą stopę”

W Gdańsku KFC na wynos, papu i 1,5h snu, poprzedzonego nawalaniem mnie przez Ami i Mari (ej powiedz!) oraz pęknięciem mojej skorupki…o 5.16 pociąg do Grudziądza przez Malbork.

Krakowie, ja jeszcze wrócę! Piwnico, niedługo przybywam!

CUDNIE 🙂

Share This:

2 komentarze

  • mari Styczeń 4, 2013 at 1:32 am

    Jakim kurwa malinowym, zła stopo?

    Reply
    • takisobiekoles Styczeń 4, 2013 at 12:00 pm

      oj bo nie pamiętałę no… to śliwkowym. No, masz. Hym.

      Reply

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.