I wstecz się nie oglądaj

Przed chwilą zrobiłem sobie trening woli i walki z przyzwyczajeniami. Zrobiłem coś, o czym myślałem, że nigdy tego nie zrobię. Bo po co? I w jakim celu?

Dobra, powiem. Znacz się, napiszę, o co chodzi.

Zrobiłem czystki na liście znajomych

Po co? A po nic. Dlaczego? A dlaczego nie?

Pomyślałem sobie, że wiele rzeczy w swoim życiu robię z przyzwyczajenia. Bez wyraźnej przyczyny, ot, po prostu dlatego, że kiedyś miało to jakiś cel, i tak już zostało, jak przybrany braciszek Bolca.

Na szczegóły nie liczcie. Wytężcie wyobraźnię.

Z tego samego powodu pewnych rzeczy NIE robię. Bo kiedyś z jakiejś przyczyny stwierdziłem, że nie będę tego robił. I tak to się ciągnie. Chomikuję różne przedmioty. Książki (a może kiedyś je przeczytam), kable (a może kiedyś się do czegoś przydadzą). Znajomych na fejsie (a może kiedyś zagadam). No i… nie.

O ile kable co jakiś czas się przydają w najmniej oczekiwanych momentach, o tyle książki z mojego prywatnego, żelaznego „zapasu” zaczynam wyprzedawać. Bo albo już je przeczytałem i nie urwały mi dupy, a czekanie na urwanie się przedłuża, albo wiem, że czytać ich nie będę. Albo doszedłem do wniosku, że musiałem się kilka lat temu uderzyć mocno w głowę, skoro kupiłem na przykład to:

KNAGA

No posrało mnie kompletnie. Taki oczytany, tyle książek czytam, to i na psychologię się rzucę, a co! Skoro więcej niż pięć osób powiedziało w ciągu całego mojego życia, że jestem tak dobry w rozwiązywaniu cudzych problemów, iż mógłbym studiować psychologię (dziś nie widzę żadnego związku), to powinienem poczytać jakiś elementarz.

No i co? No i gówno. Czytać to lubię, ale, jak się w bólach niejednokrotnie przekonałem, niemal wyłącznie beletrystykę. A od ludzkich problemów też się jakoś zdystansowałem. Więc, jak tylko przyjdzie kolej tego wielkiego kurestwa, wyląduje ono na Allegro.

Znajomych z fejsa nie wyrzucę na Allegro, bo handel ludźmi jest zakazany. No i nie udało mi się uzyskać jakichkolwiek praw własności. Ale skoro do książek pałałem tak wielką miłością i się ich pozbywam, to może niepotrzebnie trzymam 453 znajomych na liście na fejsie?

Ostatnio dążę do tego, żeby coraz mniej informacji z mojego konta było widocznych publicznie (tak, wiem, kto będzie chciał, i tak zobaczy), stwierdziłem, że warto byłoby też ograniczyć ilość ludzi, którym z własnej woli udostępniam się w internecie. No i był to również dobry test na siłę mojego sentymentu.

A katalizatorem ostatecznym okazało się oznaczenie mnie przez pewną znajomą na kilku IDENTYCZNYCH zdjęciach z reklamą jakichś gównoadidasów. Na początku się zdenerwowałem i usunąłem znaczniki. A potem odetchnąłem głęboko i przystąpiłem do działania.

Otóż z 453 zrobiło się raptem 75. Jakie były kryteria?

  • Nie rozmawialiśmy w ciągu ostatnich kilku miesięcy.
  • Nie widzieliśmy się w ciągu ostatniego roku.
  • Nie było mi smutno trzymając kursor nad opcją usunięcia.

Kto dostał trzy razy „TAK”, ten z miejsca pożegnał się z relacją.

A potem jeszcze dwa razy przejechałem listę, poszukując niedobitków.

Tak więc, drogi znajomku, jeśli długośmy ze sobą nie rozmawiali, a jeszcze dłużej nie widzieli, to spadłeś z listy.

A jeśli na niej zostałeś, to z jakichś przyczyn było mi smutno. Więc może w najbliższym czasie zagadam.

A tak naprawdę to nie.

Znając życie nikt nawet nie raczy mnie uprzedzić o swoim bólu dupy, lub o prawdopodobieństwie pomyłki. Oczywiście, możemy się kontaktować poza fejsbukiem. Jest np. LinkedIn (taki fejs dla snobów, jak to ktoś kiedyś określił), Instagram (oprócz oglądania fotek można tam też pisać. Serio), możesz spróbować wyciągnąć mnie na piwo (ale alkohol piję ostatnio coraz rzadziej, więc powodzenia), możesz napisać mi smsa. Możemy nawet robić jakieś interesy (ale nie lewe, z lewizną skończyłem dawno temu).

Jestem jednak niemal pewien, że prawie (o ile nie pełne) 100% z wyjebanych nawet tego nie zauważy, więc i tak nikt się nie odezwie.

Co tylko utwierdzi mnie w słuszności tego kroku.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.