II.

Nie mógł skupić się na zajęciach. W zasadzie nigdy nie mógł, bo, najzwyczajniej w świecie, nudził się na nich. Nie żeby był jakimś geniuszem, po prostu nie widział w tym wszystkim nic ciekawego.
Tym razem jednak nie był znudzony, raczej pobudzony, rozbudzony i podekscytowany czekającym go spotkaniem z tą dziwną dziewczyną. Ciągle zastanawiał się co mu strzeliło do łba, żeby zaproponować spotkanie. Wyglądało to prawie jak randka, a on na randki nigdy nie chodził. Nigdy nawet nie zdarzyło mu się, jak to mawiają przedstawiciele młodzieży, „poderwać” żadnej dziewczyny. Po prostu go to nie rajcowało.

Teraz ledwie mógł usiedzieć w miejscu. Czy to za sprawą wspomnienia jej oczu, tak niesamowicie błękitnych, braku makijażu, co wpasowywało się w jego obraz kobiety idealnej, czy tego, że nie umie (albo nie chce) mówić, nie wiedział, ale czuł, że zegar nad drzwiami sali złośliwie spowalnia bieg swoich wskazówek.

Przypomniał sobie czasy liceum i poprzednich etapów edukacji, kiedy wolność oznajmiana była świdrującym bębenki w uszach dźwiękiem dzwonka. Studia były pozbawione tego urządzenia. No cóż, przecież na studiach nie jest się z przymusu…

– Dziękuję za uwagę, do zobaczenia za tydzień. – słowa profesora przyjął do uszu jak najpiękniejszą muzykę. Pozostało tylko wypłynąć razem z ciżbą z sali, udać się do szatni po płaszcz, wyjść przed bramę… Trochę bał się tego spotkania. W końcu o czym mają rozmawiać? Chociaż ważniejsze pytanie brzmiało: „JAK mają rozmawiać?”

Tak rozmyślając kierował się w stronę bramy głównej. Ponury kontur masywnej, metalowej kraty, ozdobionej wymyślnymi ostrzami skierowanymi ku ciemnemu niebu, zbliżał się coraz szybciej. Coraz szybciej…
„Przyspieszam.” – stwierdził w myślach oczywistość.

Wyszedł poza teren uczelni.
Czekał pod bramą.
Tajemniczej dziewczyny nigdzie nie było. „Przestraszyła się spotkania.” – pomyślał. – „Pierwsza euforia minęła, przemyślała bezsens tego spotkania.”
Cóż, przynajmniej nie nadłożył drogi, mógł po prostu udać się do domu. Odwrócił się plecami do potężnego budynku politechniki i ruszył w stronę przystanku tramwajowego. Przeszedł kilkanaście metrów aleją wysadzaną potężnymi dębami, gdy nagle poczuł delikatne pociągnięcie za rękaw kurtki. Odwrócił się i zobaczył ją, ubraną w płaszcz tak czarny, że prawie zlewał się z panującą wokół ciemnością. Czarny szalik i czarny beret sprawiały, że z ciemności można było wyodrębnić tylko kawałek twarzy, z której błyszczały te wielkie niebieskie oczy. Nie był pewien, czy dziewczyna się uśmiechała, bo jej twarz była zasłonięta szalikiem, ale miał zamiar się o tym przekonać.

– Chyba pójdziemy gdzieś, gdzie jest ciepło. I jasno. Co o tym sądzisz? – zapytał. Skinęła głową.
– Znasz jakieś miłe miejsce? – zapytał znów. Tym razem jej głowa poruszała się w płaszczyźnie poziomej.
„Wyyyymyśl coś kretynie, nie będziecie tu stać pod tymi łysymi drzewami.” – tym razem myślenie bolało. Spojrzał na swoją towarzyszkę, zobaczył iskierki w jej oczach. „Błękitne iskierki…ciekawe” – pomyślał.
– Mam! – wykrzyknął, po czym złapał się za twarz, widząc jak dziewczyna odskakuje z przerażeniem. -Cholera, przepraszam, nie chciałem Cię przestraszyć. Ale wymyśliłem. Tędy proszę.
Poprowadził ją przez ciemny park. Pomyślał, że w sumie to trochę głupio robi ta dziewczyna, bo on jest od niej na pewno silniejszy, i mógłby ją pobić, zgwałcić, zabić, i zakopać, a nikt by tego nie widział, ba, nikt by nie SŁYSZAŁ, no, chyba że jakimś cudownym sposobem odzyskałaby mowę…
„Naprawdę jesteś zwyrodniałym zjebem…” – pomyślał. I uśmiechnął się. Tak, wracał do dawnego siebie, chore żarty były czymś, co uwielbiał kiedyś, zanim zaczął zamykać się w sobie.

Miejsce, do którego prowadził dziewczynę było małą knajpą w małej uliczce niedaleko politechniki, która z kolei była ogromna. Nazywała się „Norka” i była urządzona jak prawdziwa niziołkowa norka. Drzwi wprawdzie nie były okrągłe, tylko zwykłe, prostokątne, ale futryna była w kształcie regularnego koła. Jak w mordę strzelił – tak by powiedział jeden osioł. W środku było jeszcze lepiej, w zasadzie może nie do końca wyglądało to jak „prawdziwa niziołkowa norka”, ale chłopakowi właśnie tak jawiła się siedziba małego ludzika, opisana przez samego Mistrza. Ściany pomieszczenia były wklęsłe, tak samo jak sufit, z którego zwieszały się prawdziwe świecowe żyrandole. Kiedyś zagadnął barmana o to, czy włazi na drabinę i zapala wszystkie świece, czy korzysta z takiego fajnego kija (zapomniał nazwy, ale określenie „fajny kij” bardzo mu się spodobało), czy zatrudnił czarodzieja. Barman na to, że może i wystrój jest staroświecki, wszak niziołki elektryczności nie znały, ani innych tego typu bajerów, ale wszystkie świece na żyrandolach są wyposażone w miniaturowe zapalniczki, które podpalają knoty, a „mechanizm zduszający” odcina dopływ tlenu przez nakrywanie świec kapturkami. Pełen automat. Problem pojawiał się w momencie wypalenia się świec. Wtedy drabina była nieodzowna.

Gdy dotarli na miejsce, prawie wszystkie stoliki były już zajęte. Ale na szczęście prawie. Ten w kącie jakby zapraszał ich do siebie, mówiąc „chhhooooooodźcieeeeee”. Tak pomyślał sobie chłopak. Ale natychmiast stwierdził, że to byłoby głupie. Na pewno nie chciałby siedzieć przy gadającym stoliku.
Muzyka była całkiem przyjemna. Jakieś skrzypce, gęśle, akordeon – swojskie, wiejskie dźwięki.
Usiedli przy na całe szczęście milczącym stoliku. Usiedli naprzeciwko siebie. Milczeli. Ona, bo musiała. On, bo zgubił się w swoich myślach o topieniu się w garnku z ziemniakami. Żeby się nie utopić, musiałby zapadając się wyrzucać ziemniaki z wierzchu na zewnątrz. Po chwili znów stwierdził, że to idiotyczne. Ale temat ziemniaka zamierzał poruszyć.

– Chcesz coś zjeść? – zapytał dziewczynę. Zrobiła ruch głową, jakby się zastanawiała. Chłopak sam zaczął się nad czymś zastanawiać, po czym, gdy już się zastanowił, pacnął się dłonią w czoło.
– Przecież ja nawet nie wiem jak masz na imię. – przerwał jej myślenie.- No i ja też się nie przedstawiłem.
Milczał chwilę, zdając sobie w końcu sprawę, że dziewczyna nie odpowie. Przeklinał w duchu swoje roztrzepanie, gdy ona grzebała w plecaku w poszukiwaniu bliżej nieokreślonej rzeczy.
– Mam na imię Tars. To właściwie zdrobnienie od imienia, którym obdarzyli mnie moi kochający rodzice.
Dziewczyna pisała coś na kartce wyciągniętej z plecaka piórem, które również wyglądało na wyciągnięte, również z plecaka.

Odwróciła kartkę tak, by mógł przeczytać, co napisała.

Piękny, regularny napis twierdził, że dziewczyna ma na imię Anita.

Share This:

5 komentarzy

  • małe a. Styczeń 19, 2013 at 10:48 pm

    chcę dalej! Kiedy będzie? Już piszesz? Piszesz, prawda?

    Chcę dalej ,_,

    teraz ,_,

    Reply
  • Ania Styczeń 19, 2013 at 11:28 pm

    Już piszesz :D?!

    Reply
    • Ania Styczeń 19, 2013 at 11:28 pm

      Kontynuuj! Kontynuuj ;D!

      Reply
  • caathia Maj 31, 2013 at 11:04 am

    Czy opisane we fragmencie miejsca istnieją naprawdę? Chciałabym odwiedzić taką klimatyczną „Norkę” 🙂

    Reply
    • takisobiekoles Maj 31, 2013 at 9:17 pm

      Te miejsca istnieją, ale tylko w mojej wyobraźni, więc raczej nie odwiedzisz 😉

      Reply

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.