Nosił wilk, aż go poniosło

– Słyszałem, że go dorwali?

– Dorwali.

– I pewnie jak zwykle wypuścili, i jeszcze przeprosili?

– Nie tym razem.

– No proszę, coś nowego. Może w końcu będzie w tym mieście normalnie.

– Widzisz… tym razem nie dostali go w ciemnym zaułku. Ten potwór tak się rozzuchwalił, że napadł małą dziewczynkę w biały dzień, na ulicy. Nie było tam co prawda zbyt wielu przechodniów, którzy by się tym przejęli, ale… był jeden odpowiedni.

– I przyszła kryska…

– Przyszła, oj przyszła. Pan szanowny kupiec Wojcisław był świadkiem feralnego napadu. Szanowny pan Wojcisław osobiście zdzielił napastnika kamieniem wyjętym z ulicy. Za co szanowny pan kupiec oczywiście uiścił opłatę, jako że uszczerbek poniosła własność miasta. A wsadzić z powrotem w ulicę taki kamlot i unieruchomić go, to nie w kij pierdział. Specjalista inżynier budownictwa musi swoje zarobić.

– Aha. A co z tym zwyrodnialcem?

– Otóż, szanowny pan Wojcisław zapłacił komu trzeba, żeby stróże prawa w końcu odpowiednio i z należytą starannością zajęli się Bestią. Za każde napadnięte dziecko odcięty fragment plugawego ciała. Trzeba ci wiedzieć, drogi kolego, że dzieci napadł wiele, oj wiele. A i dostało mu się za te, na które nie napadł, a które zmarły z głodu, wpadły pod powóz, albo straciły życie w mniej lub bardziej tajemniczych okolicznościach.

– Ale za to, co robił z tymi, które napadł osobiście, należało mu się.

– Należało, ale wbrew zamierzeniom prawodawcy, i wbrew wszelkiej przyzwoitości, został zbrodniarz uhonorowany po swoim zejściu.

– Jak to?

– Obcinali go po kawałeczku, małymi fragmentami, nawet języka nie obcięli mu w całości, tylko na kilka razy. A każdą ranę przypalali, żeby się nie wykrwawił od razu. Jak mdlał – cucili tymi ich specyfikami. Alchemia… lekarstwa na dżumę wynaleźć nie potrafią, ale żeby komu umieranie wydłużyć, to i dziesięć różnych mikstur mają. Ale jemu się należało…

– No, obcinali go…?

– Obcinali z niego fragmenty ciała, zrywali skórę, wyrywali kawałki mięsa, przez tydzień chyba. Na koniec zostawili to, co potrzebne do życia, serce, jedno bodaj płuco… no, niewiele z niego zostało, jak w końcu wyzionął ducha. Pocierpiał sobie, za każdą zamęczoną przez siebie ofiarę. A pewnie gdyby miasto miało na etacie nekromantę, pocierpiałby jeszcze kilka razy.

– I pana Wojcisława, choć taki możny pan, na nekromantę stać nie było?

– Pewnie i stać było, ale wie drogi kolega, pośpiech, pragnienie zemsty… wszak to jego córeczkę malutką dopadł kilka lat temu ten zwyrodnialec.

– No a co z tymi honorami?

– Gdy już Bestia sczezła, strażnicy pokpili sprawę. Zamiast ścierwo zmielić i zakopać albo do gnojówki wrzucić, oni to na śmietnik wyrzucili. I zaraz się znaleźli chętni na zarobek. Uważasz, relikwie sobie zrobili z sukinsyna. Na każdym rogu w mieście od wczoraj sprzedają a to kosteczkę z małego palca, a to fragment żebra, a to strzęp mózgu. Ktoś nawet usilnie chce zebrać wszystkie zęby, coby skompletować piękny uśmiech naszego zbrodniarza…

– Cholera, zaraz się nam nowy kult z tego stworzy, męczennika z niego robią.

– Było nie było, biskup. Podobno w zamtuzie „U Anuni Teresiuni”, gdzie lubił bywać, wisi już amulet chroniący przed złym…

– W burdelu? Przed złym?

– W burdelu jedno co złe, to jak klientowi nie staje, bo wtedy zarobku nie ma. A amuletem jest fallus Bestii, podobno przez stężenie pośmiertne wciąż wzwiedziony. Jak na moje, to go czymś nasmarowali, ale jest relikwia? Jest.

– Pieprzony Frauenstadt… Panie kolego, w tym zasranym mieście nigdy już chyba nie będzie normalnie.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.