To takie budujące…

to takie budujące Każdy (albo prawie) każdy z nas ma dni, kiedy nic się nie udaje. Kiedy wszystko, czego się tkniemy, rozpada się. Ziemniaki się rozgotują, zapomnimy dodać zupy do soli, albo zbijemy szklankę. Po babci. Przedwojenną. Wtedy przysłowiowy chuj człowieka może strzelić. Trzeba to jakoś odreagować. Osobiście preferuję używanie wulgaryzmów. Soczystej kurrrwie zazwyczaj udaje się rozładować (częściowo) napięcie. Niektórzy udają się na miasto celem obicia jakiejś mordy. Albo zniszczenia czegokolwiek.
Szczęśliwi natomiast są ci, którzy mają tę swoją drugą połówkę. To zjawisko dzieli się na dwa przypadki:

I. Kiedy pierwsza połówka zawiodła, druga niechybnie pozbędzie się wszystkich naszych problemów w danej chwili. Gwarantując jeden mały. Albo duży. Zależy od odporności na C2H5OH.

II. Kiedy mamy się do kogoś przytulić, nasze ba(k)terie (jak na rysuneczku powyżej) ładują się błyskawicznie. Oczywiście nikt nie każe przytulać się tylko na chwilę. Ale jednak.

Mi, cóż, pozostaje rzucanie kurwami.

A teraz zabieram się za pałaszowanie brei, którą sobie przyrządziłem. Bomba witaminowa plus sporo kapsaicyny.

Share This:

No Comments

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.