Zamknięcie kolejnego rozdziału

Pamiętam, gdy w moim rodzinnym Grudziądzu wybudowali Reala. Prawdziwy, najprawdziwszy hipermarket. Nie jakiś tam supermarket. Hiper. Jak hiperwojownik (SSJ2). Nie jakaś tam Biedronka, Rema 1000 czy Edeka Discount (swoją drogą, ciekawe że pamiętam jeszcze te sklepy…). Real, cudowne zakupy. I cudowne kwoty.

Zakupy w Realu stanowiły wypadkową wielu czynników. Niskie, w porównaniu do osiedlowych sklepów, ceny, obecność samochodu pod oknem, chęć aktywnego (!) spędzenia czasu z rodziną. Opel Astra przełomu tysiącleci zabierał czterech pasażerów plus kierowcę, a jego bagażnik sprawiał wrażenie kieszeni Pana Kleksa. Zakupy przeprowadzane były przez rodziców plus ciocię, ja byłem tylko na doczepkę. Jako ustawowo przepisany upierdas.

Mamooo, kupisz mi toooo?

Zastanawiałem się, ile mój ojciec musi zarabiać, żeby zabierać nas na takie zakupy. Mnie samego mama wysyłała do sklepu z co najwyżej dwiema dychami. Kup mleko, chleb, ser, szynkę. I Fructonadę. A zakupy w Realu powodowały drukowanie paragonów opiewających na kwoty trzycyfrowe. I to tak bliżej pół tysiączka. Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkich pak krojonego żółtego sera. Ani tylu rodzajów wędlin. Ani takich napojów. I takich ilości kartonów z sokiem jabłkowym. Marki TiP. I tylu słodyczy, by jeszcze bardziej spaść już i tak pękaty brzuszek pierworodnego syna.

Młodzieńcze wyskoki

Po latach marketów pojawiło się więcej. Kaufland, Carrefour, Lidl. Real stracił na znaczeniu, zwłaszcza że do Kauflanda mieliśmy z domu jakieś dwieście metrów, a Real znajdował się na drugim końcu miasta. I po co tracić kasę na paliwo, jak można piechotą zrobić duże zakupy? A jak się pójdzie w trzy osoby, to zakupy mogą być naprawdę potężne. Do tego ceny Kauf miał niższe. O wiele niższe.

Ale wróćmy do Reala, jednakże pozostańmy przy samym logo, odchodząc od zakupów. W przeddzień wyjazdu w Tatry, ponad trzynaście lat temu, razem z kilkoma kolegami, ministrantami jak ja, poszliśmy nad Wisłę. Połazić, jak to gówniarze w wieku gimnazjalnym. Pokrzyczeć, pośpiewać na całe gardło, powkurzać ludzi, porzucać butelkami. Traf chciał, że w tym czasie w Grudziądzu odbywały się zawody strongmanów. Wszędzie na błoniach porozstawiane były sceny, podwyższenia i pawilony ogrodowe. Na ścianie jednego z nich wisiała wielka flaga z logiem Reala.

Gdybym to zrobił w przeciągu ostatniego roku, nie byłbym z tego dumny. Ale wtedy miałem niecałe czternaście lat, hormony buzowały, a zastrzyk adrenaliny to było to, czego potrzebowaliśmy. W pięciu podbiegliśmy do płachty, odpięliśmy ją od ramy pawilonu i puściliśmy się w długą. Oczywiście najgrubszemu przypadł w udziale zaszczyt targania flagi o wymiarach, nie przymierzając, jakieś pięć na dwa metry. Jak to grubas, miałem szeroką bluzę, gdy więc na horyzoncie pojawił się transporter policji, zwinąłem naszą zdobycz i wcisnąłem ją sobie pod ubranie. Wyglądałem na tylko trochę grubszego.

Trzeba było nas widzieć, jak grubo po północy, w pięciu, biegniemy środkiem ulicy, trzymając nad głowami rozpostartą białą pelerynę z nadrukiem! Ileż mieliśmy z tego frajdy. I żeby tę frajdę pociągnąć jeszcze przez tydzień, zabraliśmy flagę na wyjazd. Kościelny. Z księdzem, świetlicą i ministrantami.

Darmowa reklama przez całą Polskę

W czasie drogi wywiesiliśmy flagę w oknach autokaru. Co prawda niektórym bardzo szybko przestało się chcieć ją trzymać, ale przynajmniej przez chwilę mogliśmy poszpanować. Po przyjeździe nie wyjmowaliśmy jej z torby, w zasadzie przez cały czas trwania wycieczki. Był to więc kolejny z wielu niepotrzebnych bagaży. A takie mieliśmy plany, czego to nie chcieliśmy zrobić!

Po powrocie do Grudziądza powiesiliśmy nasze trofeum na płocie okalającym boisko do piłki nożnej usytuowane na naszym podwórku. Jednak już następnego ranka mój ówczesny najlepszy przyjaciel ze śmiercią w oczach przybiegł do mnie, by poinformować mnie, że „jakieś chuje ściągnęły flagę i łażą po niej”. Pobiegliśmy na podwórko by uratować NASZĄ chorągiew. Przez chwilę zastanawialiśmy się, kto ma się zaopiekować tym artefaktem. Padło na mnie.

Nieodłączny życiowy towarzysz

Przez czternaście lat flaga z logiem hipermarketu Real podróżowała ze mną. Na studia, do wszystkich stancji i mieszkań. Cały czas zapakowana w reklamówkę, co jakiś czas rozwijana, by nacieszyć oczy i przywołać wspomnienia. Życiowe partnerki, włączając obecną, dziwiły się i wkurwiały na to, że cały czas trzymam tego śmiecia. Ja jednak nie potrafiłem się pozbyć wielkiego kawałka materiału z logiem sklepu, który już w zasadzie nie istnieje.

Gdy pojawiła się okazja na przeprowadzkę do mieszkania o standardzie przewyższającym wszystkie meliny, w których miałem okazję mieszkać, postanowiłem pożegnać się z flagą. Rozstanie z artefaktem przywołującym tyle wspomnień jest nie tyle jak zamknięcie jednego rozdziału, a zakończenie całej serii, całego cyklu powieści. Rozłożyłem płachtę na podłodze i zrobiłem ostatnie, pamiątkowe zdjęcie. Bez żalu, co mnie trochę zdziwiło, gdyż jestem bardzo sentymentalny, wyniosłem ją na śmietnik. Tam gdzie jej miejsce.

Bo miejsce tkanin, które nie zmieszczą się do pralki, a śmierdzą jak skarpety bezdomnego, jest na śmietniku.

Share This:

3 komentarze

  • Emmanunel Olisadębę Luty 7, 2017 at 10:21 pm

    Bardzo dobry wpis, świetnie się go czyta!

    Reply
  • M. Luty 8, 2017 at 1:18 am

    Szczerze mówiąc ciekawy masz blog. Też zwykłem takiego pisać, ale brak chęci i zainteresowania publiczności mnie zniechęcił.
    Chociaż brak publiki to dość standardowy problem blogerów, szczególnie tych, którzy swoich wpisów nie wciskają komu popadnie i nie idą w układy „follow for follow” czego sam też nie robiłem (trochę mi się nie chciało, trochę kierowałem się wewnętrznym głosem podpowiadającym mi, że to prawie jak taka internetowa prostytucja).
    Także tego, nie zniechęcaj się. Wrócę tu na pewno, więc możesz pisać choćby dla mnie.

    Reply
    • Juliusz Maretzky Luty 8, 2017 at 7:39 pm

      Dziękuję za miłe słowa. Na pewno nie przestanę pisać, bo piszę przede wszystkim dla siebie, ale miło, że ktoś jednak czyta moje wypociny 🙂
      Nigdy nie będę brał udziału w wymianach blogerskich, typu wymienionego przez Pana „follow for follow” czy „kom za kom”. Nie zaprasza się do domu gości tylko dlatego, żeby pokazać sąsiadom, że ktoś do nas przychodzi. Jeśli mam gości na blogu, to fajnie, jeśli nie, trudno, ale blog nie przestanie istnieć z powodu braku czytelników. Przestanie istnieć z powodu braku pisacza, czyli mnie, a to nastąpi nieprędko 😉
      Zapraszam w przyszłości, czytelnicy zawsze są mile widziani, wbrew temu, co pisałem… dawno temu 😀

      Reply

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.