Coś mi się przytrafiło… to było absolutnie ciężkie przeżycie, ale chcę się tym podzielić, mimo że jakby nie na temat.
Szedłem gdzieś. Nieważne gdzie, nieważne dokąd. Szedłem z moją torbą na ramię. To była jakaś podejrzana okolica, pełno dzieciaków w workowatych spodniach, słuchających agresywnej muzyki, jakieś typy spod ciemnej gwiazdy. Po prostu okolica, w której nie chcielibyście znaleźć się po zmroku. Dlatego pewnie ja pojawiłem się tam w dzień.
Więc szedłem. I nagle jeden z dzieciaków, tak sądzę, bo nie widziałem dokładnie jego twarzy, zaczął mi wyrywać torbę, nawet ściągnął mi ją przez głowę i jakoś zawinął się wokół jej paska, żeby łatwiej mi ją wyrwać, ale ja nie puszczałem. Chwyciłem obiema rękoma i zacieśniałem pętlę, by przydusić napastnika. Kątem oka zauważyłem, że podchodzi ktoś duży. Pomyślałem, sam nie wiem dlaczego, że chce “ustawić” jednego ze swoich, żeby nie zaczepiał przechodniów. Może to wspomnienia z niezbyt ładnej okolicy, w której kiedyś mieszkałem, a w której nadrzędną zasadą było: “Ma być spokój, bez względu na to, kto kogo zaczepia”. Jak nietrudno się domyślić, tutaj ta zasada nie obowiązywała. Dostałem cios w twarz tak potężny, że aż mnie zamroczyło.
Skuliłem się na kolanach, co chwilę wypluwając napływającą do ust krew. Plułem i plułem, a kiedy w końcu otworzyłem oczy, zobaczyłem dwie rzeczy, jedną, napawającą nadzieją, a drugą wręcz przeciwnie.
Pierwszą rzeczą był brak napastników. Brak był też torby, ale w tamtym momencie, nikt chyba nie będzie się dziwił, nie myślałem o niej.
Drugą rzeczą było to, co raz za razem wypluwałem na ziemię. Krew. Dużo gęstej, ciemnoczerwonej krwi. I zęby. Nawet nie wiedziałem, że mam tyle zębów. Nie wiedziałem, że ciosem pięści można połamać zęby w taki sposób. Nie wiedziałem też, że tą samą pięścią człowiek potrafi drugiemu człowiekowi wytrzaskać z ust zęby razem z fragmentami kości.
Plułem jeszcze przez chwilę, zbierając to, co się dało, i wkładając do kieszeni. W ustach wciąż czułem zbierający się płyn, na udzie bardzo wyraźnie wyczuwałem ciężar i wybrzuszenie tego, co jeszcze przed minutą było częścią mojego ciała, a teraz jako ładunek, bagaż, śmieci nieledwie, znajdowało się w mojej kieszeni, i moczyło mi spodnie.
Ruszyłem przed siebie, wciąż nie za bardzo wierząc w to, co się stało. Wszystkie luźne fragmenty chyba trzymałem już w kieszeni. Usta co i rusz napełniały mi się krwią, więc wypluwałem ją, ale była coraz gęstsza, coraz trudniej było mi się jej pozbyć. Szedłem przed siebie, ale nagle zmieniłem kierunek. Pomyślałem, że powinienem iść na pogotowie. Do szpitala. Przecież po to trzymam te zęby w kieszeni, prawda? Mogą mi to wszystko jakoś… wsadzić z powrotem? Zszyć mnie? Językiem czułem puste przestrzenie… Nie chciałem nawet myśleć o tym, jak się pokażę znajomym, rodzinie. Szedłem coraz wolniej, niby w stronę szpitala, ale jakby nie do końca.
Wtedy złapałem się jednej myśli, jak ostatniej deski ratunku. Bo przecież to nie mogło mi się przytrafić. Takie rzeczy dzieją się w filmach, a nie w prawdziwym życiu! Ja się na to nie godzę! To musi być sen! Kiedyś czytałem, że we śnie nie rozpoznajemy liter, ale wtedy, gdy to czytałem, pomyślałem, że to jest jakaś ściema, bo przecież ja w swoich snach nie raz, nie dwa czytałem różne napisy. No ale… może akurat teraz to się sprawdzi? Pójdę do domu, wezmę książkę, i jeśli nie będę w stanie jej przeczytać, będzie to znaczyło, że śnię!
Ruszyłem w stronę budynku, w którym mieszkałem. Po wejściu przez główne drzwi ujrzałem napierającą na mnie z naprzeciwka ludzką powódź. Mieszkańcy? A może jacyś losowi ludzie, którzy z bliżej nieokreślonej przyczyny znaleźli się w środku? Nie ulegało wątpliwości, że… a w zasadzie to był tylko mój domysł, że chcą powstrzymać mnie przed wejściem do mojego mieszkania. Przedzierałem się przez rzekę postaci niczym płynący w górę rzeki na tarło łosoś. Wreszcie, po kilku minutach walki, stanąłem przed windą. Pomyślałem, że za chwilę znajdę się w mieszkaniu, wezmę książkę, i upewnię się, że śnię.
Wcisnąłem przycisk przywołujący windę, i…
…obudziłem się. Ze wszystkimi zębami, poza tym jednym, który w morzu krwi i potu straciłem w klasie maturalnej. Z gębą wypełnioną śliną, na szczęście nie wypływającą. Z uczuciem wszechogarniającej ulgi i przekonaniem, że może to nie był świadomy sen, ale we własnym śnie wpadłem na niesamowicie genialny pomysł.
“Dla każdego matematyka istnieje otoczenie, w którym jest on geniuszem”
Twierdzenie o lokalnych geniuszach
Tak, dokładnie, nie skończyłem studiów, odwalcie się

